U stóp Bisambergu

Michael Olszewski - jego przodkowie przybyli do Austrii z wojskami króla Jana III Sobieskiego, fot. SI
Stammersdorferstrasse - urocza uliczka, przy której mieści się wiele tradycyjnych winiarni - Heuriger. Polacy często zatrzymują się przy jednej z nich, pod numerem 23, gdyż przyciąga ich swojsko brzmiące nazwisko jej właściciela: Olszewski. Nie wiedzą jednak, że jego przodkowie przybyli do Austrii już bardzo dawno temu - z wojskami króla Jana III Sobieskiego.

Można powiedzieć, że Pana rodzina mieszka w Austrii już od kilkuset lat.
- Nasza rodzina Olszewskich odnotowana jest już w XIV-wiecznych dokumentach. Moi przodkowie przybyli do Austrii podczas odsieczy wiedeńskiej wraz z wojskami Jana III Sobieskiego. Wywodzili się z okolic Legnicy, inna część rodziny mieszkała na terenie Czech, w Szumberg. W Legnicy istnieje jeszcze stary rodzinny grób.
Nie wiem dokładnie, czym zajmowali się moi przodkowie, którzy zdecydowali się zostać w Austrii. Nie wiem też, co było przyczyną takiej decyzji. Pewne jest, że w mojej rodzinie wielu zajmowało się rolnictwem, leśnictwem i hodowlą, mieli dużą stadninę koni. To są więc pewne wspólne cechy naszej rodziny, które ja również posiadam, ponieważ interesuje mnie rolnictwo i leśnictwo.

U wejścia do Heuriger: herb rodu Olszewskich, fot. SI
Co oznaczają symbole Pana rodowego herbu?
- W herbie naszej rodziny znajduje się kruk - oznacza to, iż nasza rodzina za zasługi zwolniona była od płacenia podatków. Krzyż oznacza, że członkowie rodziny uczestniczyli w wyprawach krzyżowych, natomiast podkowa jest dowodem na to, że mieliśmy do czynienia z końmi.

Chociaż Pana rodzina od kilku pokoleń mieszka w Austrii, nazwisko nadal jest pisane Olszewski, a nie na przykład Olschewsky.
- Nigdy nie myślałem o tym, żeby zmienić pisownię mojego nazwiska. Moje nazwisko jest częścią historii mojej rodziny, jest częścią mojej tożsamości - dlaczego miałbym go zmieniać, a więc niejako wyrzekać się mojej przeszłości? Jeżeli austriaccy urzędnicy mają czasami kłopot z poprawną pisownią mojego nazwiska, to jest ich problem, a nie mój.

Czy ma Pan kontakty z Polską?
- Ukończyłem leśnictwo. Potem tak potoczyły się moje losy, że pracowałem w agencji prasowej. Wiele podróżowałem po świecie. Miałem i mam bardzo dobre stosunki z Polską, w której bywałem i bywam często, mam wielu przyjaciół i znajomych Polaków. W mojej rodzinie nie mówiło się po polsku, ale ja mam to szczęście, że posiadam talent językowy. Nauczyłem się kilku języków, opanowałem też w dość dobrym stopniu język polski. Przyjaźniłem się kiedyś z attache wojskowym polskiej ambasady w Wiedniu i jego żoną, która była z zawodu nauczycielką, pomagała mi więc w nauce języka polskiego.
Miałem okazję bywać w Polsce jeszcze przed przełomem w 1989 roku. Charakterystyczne było to, że w przeciwieństwie do innych krajów w socjalistycznym obozie, Polacy cały czas byli aktywni. Walcząc z biurokratycznymi zakazami, próbowali na przykład prowadzić swoje malutkie firmy. Podobnie jak Węgrzy, gotowali swój „własny gulasz". Zwracało moją uwagę to, że na każdym kroku spotykało się wiele własnej inicjatywy, że na tle szarej, monotonnej rzeczywistości pojawiały się wciąż kolorowe punkciki: a to handlarz warzyw, a to sprzedawca płodów rolnych czy wyrobów rękodzielnictwa. Według mnie naród polski czerpał siłę ze swojej zaradności i wiary, która pozwała mu przetrwać wszystkie klęski.

Mimo że Pana przodkowie wywodzą się z Polski, nie można Pana określić migrantem kolejnego pokolenia. A może chciałby Pan wrócić do Polski?
- Tak można by sobie zażartować. Nie jestem na pewno migrantem w Austrii i nie mam zamiaru jej opuszczać. Ale mam bardzo wielu znajomych, moja praca polega przecież na nieustannym kontakcie z ludźmi, i wśród nich jest wielu migrantów z różnych krajów. Większość z nich zgodnie stwierdza, że czuje się dobrze w Austrii. To kraj leżący w centrum Europy, który w okresie monarchii był ojczyzną dla tylu różnych narodów. Różne zwyczaje, tradycje i języki miały wpływ na naszą historię i kulturę. A ślady znajdujemy wszędzie, chociażby właśnie w nazwiskach obecnych mieszkańców Austrii, w zachowanych tradycjach kulinarnych itp. To są rzeczy, które nas łączą. Mam też polską kuchnię, flaki, bigos, barszcz, pierogi itp.

W Pana księdze gości jest wiele pamiątkowych wpisów znanych osób, w tym również z Polski.
- Jak wspomniałem, miałem wiele kontaktów z Polską i w moim Heuriger gościłem również znane osobistości z Polski. Byli u mnie polscy generałowie, był też minister obrony Dobrzański. U mnie często toczyły się nieformalne dyskusje dotyczące przystąpienia Polski do NATO. U mnie też rozmawiano o przygotowaniach do pierwszej wizyty Jana Pawła II w Austrii, która miała miejsce we wrześniu 1983 roku. Częstym gościem był wtedy rektor kościoła św. Józefa na Kahlenbergu, ksiądz Jerzy Smoliński. Był u mnie kardynał Glemp. Moim stałym gościem był również ówczesny ambasador RP w Austrii, Władysław Bartoszewski. To on wiele lat temu podarował mi oprawione w ramy godło polskie, orła w koronie, którego komuniści zaraz po II wojnie światowej zdjęli ze ściany w polskiej ambasadzie w Wiedniu. Dziś to historyczne, pamiątkowe godło wisi w moim biurze, z czego jestem dumny.
W księdze gości są też między innymi takie nazwiska, jak kardynał König, Reinhard Fendrich, czy Jean Paul Belmondo, który u mnie świętował swoje 60. urodziny.

Listy gości rzeczywiście można pogratulować.
- Goście czują się u nas dobrze, ponieważ zachowujemy dyskrecję, nie zawiadamiamy prasy. Wśród moich gości jest też wielu Polaków mieszkających w Austrii. Są również turyści, którzy bardzo się cieszą, gdy mogą się za mną porozumieć w języku polskim. Zdarza się, że jakaś wycieczka z Polski wchodzi do mojego lokalu ze względu na to, że na tabliczce przy wejściu znajdują tak swojsko brzmiące nazwisko: Olszewski. Dla nich jest oczywiste, że muszę mówić po polsku.

Jaka jest Pana recepta na sukces?
- Człowiek powinien być skromny i całe życie się kształcić. Znajomość języków obcych jest niezwykle ważna. Komputer potrafi liczyć, ale języka trzeba się nauczyć samemu. Ważna w dzisiejszych czasach jest przynajmniej znajomość jednego języka zachodniego i jednego słowiańskiego.
Niestety, kryzys dotknął też naszą branżę. W Stammersdorf jeszcze 15 lat temu było o połowę więcej Heuriger i wszystkie były pełne. Teraz jest coraz trudniej. Prawdziwy Heuriger to taki, który oferuje własne wino. Cóż jest piękniejszego niż możliwość spotkania się w rodzinnej, domowej atmosferze przy kieliszku dobrego wina, skosztowania dobrej, domowej i niedrogiej, tradycyjnej kuchni. Heuriger to takie miejsce, gdzie można poznać innych ludzi, porozmawiać. Szkoda, że ta piękna tradycja zamiera. Powstało w ostatnim czasie sporo winiarni, które odchodzą od tej wspaniałej tradycji i działają jak normalne restauracje. U mnie wszystko jest domowej roboty. Tradycyjne Heuriger są specjalnie oznaczone, tzn. przed wejściem wywieszona jest zielona gałązka sosnowa - Buschen. Buschenschank to nazwa winiarni, która może sprzedawać wyłącznie własne wino. Nazwa ta jest chroniona. Falkneberg - to jest część Bisambergu, od tej góry wywodzi się nazwa naszych win. Mamy i „Gemischten Satz" i „Rose" i „Grünen Veltliner" i wiele innych win białych i czerwonych. Na zamówienie przygotowujemy dziczyznę, którą wspaniale przyrządza moja żona. Ja jestem odpowiedzialny za tereny łowieckie w Waldviertel. Jestem myśliwym i dziczyzna, która trafia na stoły naszych gości, to są zwierzęta upolowane przeze mnie.

Prowadzenie plantacji win i Heuriger to nie jest lekka praca, to jest naprawdę ciężko zapracowany kawałek chleba. W lecie pracuję 16-18 godzin na dobę, w zimie 12 -14. Winiarnię prowadzę od lat sam z żoną. Tajemnica sukcesu polega na tym, że po prostu kocha się tę pracę.

Michael Olszewski w ogrodzie swojego Heuriger, fot. SI
Dlaczego ma Pan plantację wina i Heuriger właśnie w Stammersdorf?
- Dlaczego Stammersdorf? To był czysty przypadek. Moi rodzice zakupili kawałek ziemi, gdzie uprawiali winorośl i produkowali wino, ale tylko na własny użytek. Wino, które w naszej rodzinie zawsze chętnie się piło. A potem okazjonalnie dokupili drugi kawałek, a więc proporcjonalnie zwiększyła się ilość produkowanego wina. Raz w roku przez dwa tygodnie trwał wyszynk tego wina, zapraszano przyjaciół, znajomych i znajomych znajomych...Ja myślałem wtedy o zajęciu się leśnictwem. Jednak pod wpływem rodziców zdobyłem wykształcenie winiarskie, ale jestem też zawodowym myśliwym. I tak oto od kilkunastu lat jestem właścicielem winiarni noszącej imię moich przodków: Olszewski.

Rozmawiał Sławomir Iwanowski

Polonika nr 186/187, lipiec/sierpień 2010

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…