Habsburskie RODO

Można by się pokusić o stwierdzenie, że to Unia u Habsburgów podpatrzyła pomysł na RODO i teraz go przenosi.

 

Niedawno w Unii Europejskiej weszło w życie rozporządzenie zawierające przepisy o ochronie danych osób fizycznych, w Polsce zwane RODO. Ujednolicone prawo ma przynieść na europejskim kontynencie 2,3 mld euro oszczędności rocznie dzięki zakazowi podawania nazwisk do wiadomości publicznej.

Pierwszymi ofiarami RODO w Polsce stali się, jak zwykle zresztą w przypadku jakiegokolwiek rozporządzenia, pacjenci w przychodniach. Lekarze nie wywołują już po nazwisku tylko anonsują „pani Mira!” czy „pani Stasia!”. Gdy na sali są dwie panie Stasie, dodają element garderoby, a gdy przypadkowo panie Stasie mają ten sam kolor sweterka, podają schorzenie. W związku z tą skomplikowaną procedurą czas oczekiwania na wizytę u specjalisty wydłużył się z sześciu miesięcy do dwóch lat, ale jest taniej.

W Austrii, gdzie ludzie w ogóle chodzą do lekarza tylko po to, żeby usłyszeć swój wyczytany tytuł, a najlepiej dwa, jeden z tyłu, drugi z przodu, nikt by się nie zgodził, by w związku z ochroną danych zabronić wyczytania jego nazwiska. Jakby to wyglądało w poczekalni: „Herr Dr. Mag. Josef?”, a nawet „Herr Dipl. Ing. Dr. Mag. Franz?”. Nie robi wrażenia na współchorujących.
Nikt nie wie jednak o tym, że Austria nie musi wprowadzać ochrony danych osobowych, ponieważ działa ona już od czasów Habsburgów, którzy wiele stuleci temu chcieli oszczędzić 2,3 mld euro i domyślili się, że kiedyś, gdy już będą pomnikami i obrazami, ktoś z Unii może się przyczepić, że ujawniają swoje dane osobowe bez własnej zgody. Można by się pokusić o stwierdzenie, że to Unia u Habsburgów podpatrzyła pomysł na RODO i teraz go przenosi.
Pierwszym dowodem historycznego RODO jest Franz Josef, którego nazwisko od lat jest utajnione i gdyby żył, to można by go spokojnie wywołać do lekarza w polskiej poczekalni, dodawszy ewentualnie z przodu „cesarz”. Maria Theresia także nie posiada nazwiska, a nawet inicjału nazwiska, dzięki któremu nazywałaby się powiedzmy Maria T. (co trąci kryminałem, no ale biorąc pod uwagę zabory może nie byłoby to takie głupie wyjście). Kolejną ofiarą historycznego RODO jest Sisi, która zrobiła najlepiej, bo wiedziała, że czeka ją ochrona danych osobowych, i od razu zaczęła posługiwać się pseudonimem. Ale ona była bardzo inteligentna i przewidująca i teraz ma dwa imiona, żadnego nawiska, więc ma spokój. Z RODO nie powinni mieć też problemu święty Klemens, patron Wiednia i Warszawy, ani święty Leopold, patron Austrii. Ani Augustin, który co prawda przeżył epidemię dżumy, ale nie wiadomo, czy przeżyłby nowe unijne przepisy.
Gorzej sprawa wygląda z Mozartem, który łamie RODO unijne, bo na pomniku w Burggarten widnieje jego nazwisko, a nie imię. By dostosować sytuację do unijnych przepisów i uniknąć kary, trzeba by przeprawić podpis „Mozart” na „Wolfgang”. A najlepiej samo „W.”, bo wiadomo, że ratusz miejski także oszczędza. Ten sam problem dotyczy Straussa, który stałby się Johannem lub samym „J.” Pałac Esterhazy byłby znany jako pałac E. Dotyczy to też tortu E., który mylono by z tortem z konserwantami E. i nikt by go więcej nie zamówił. Rozumiem więc, że Austria ociąga się z dostosowaniem do przepisów unijnych. W przypadku tortu Sachera jestem nawet za skróceniem nazwy, może wreszcie skończyłyby się kolejki do cukierni. Kogo by tam interesował jakiś tort S.
Z drugiej strony może warto by przenieść RODO na postaci historyczne, którym nie zwykło stawiać się pomników. Mam tu na myśli np. Adolfa H. Utajniając dane do postaci samego „Adolf” lub „A.” Austria pozbyłaby się wreszcie ciążącej na niej traumy, której do tej pory podobno nie przepracowała.

Za kilka lat, gdy dostosuje się sytuację do unijnych przepisów, moje ulubione wiedeńskie trasy spacerowe nabiorą nowego charakteru. Spacer zacznę od parku S. i pomnika J., autora cudownego w. pod tytułem „Nad pięknym modrym D.”, który przepływa przez miasto W., stolicę państwa A., leżącego na kontynencie E. Skonsumuję tort E. bez E lub tort S. z E w kawiarni C. niedaleko pałacu E. Obejrzę w KHM obraz mojego ulubionego B. zatytułowany „Wieża B.” Do domu wrócę U lub S. I tylko prawdziwi wiedeńczycy i fani miasta bez problemu rozpoznają te skróty.
Ale gdzie wtedy pójdą turyści?


Magdalena Sekulska, Polonika nr 271, marzec/kwiecień 2019

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…