Jagoda Kaczorowska: Jestem Polką

Jagoda Kaczorowska jest córką ostatniego prezydenta RP na Uchodźstwie, Ryszarda Kaczorowskiego. Urodziła się w Londynie, gdzie mieszka do dziś. Jest członkiem jury i patronem honorowym konkursu „Być Polakiem”, adresowanego do młodzieży polonijnej z całego świata. Do Wiednia przyjechała na okoliczność kolejnej edycji konkursu.

Od wielu lat jest Pani honorowym członkiem i patronem konkursu „Być Polakiem”. Jakie są cele tego konkursu?
– Głównym celem konkursu jest podtrzymanie tożsamości narodowej młodych Polaków mieszkających poza granicami Polski. Konkurs ten daje okazję młodym ludziom do zastanowienia się nad tym, kim są. Do poznania swoich korzeni, bo każdy człowiek powinien wiedzieć, skąd pochodzi. Dopiero wiedząc, którą drogą się przyszło, można zaplanować, jaką drogą chce się iść dalej. Uważam, że każdy młody człowiek powinien poznać życie swojej rodziny, bo dzięki temu poznaje też historię Polski. Jeżeli my nie będziemy dbać o naszą historię, o naszą kulturę, to kto ją zabezpieczy? Kto, jak nie my sami, o nią zadba?

Dlaczego, Pani zdaniem, Polacy mieszkający za granicą powinni pielęgnować polskość?
– Człowiek nie jest samotną wyspą: należy do rodziny, należy do grona przyjaciół i na innej płaszczyźnie należy do jakiegoś narodu. Można mieszkać w jednym kraju, a być przywiązanym do drugiego, tu nie ma problemu. Są też rodziny tzw. mieszane, w których jeden rodzic jest Polakiem, a drugi nie. Tym niemniej można uszanować swoją polską część, tak samo jak i tę drugą część, bo tu nie ma konkurencji. Każdy Polak, bez względu na to, gdzie mieszka i z kim, ma prawo czuć się Polakiem.

Pani urodziła się w Wielkiej Brytanii i tam spędziła swoje życie. Czy może Pani o sobie powiedzieć Brytyjka polskiego pochodzenia, czy też może Brytyjka lub Polka?
– Osobiście zawsze uważałam, że jestem Polką. To, że się urodziłam w Anglii, to był po prostu splot wydarzeń historycznych na skutek wojny. Moi rodzice nie mogli wrócić do wolnej ojczyzny, musieli osiedlić się poza jej granicami. Spotkali się akurat w Londynie. Ale mimo że urodziłam się w angielskim szpitalu, moją matką była Polka. Tam, gdzie była moja mama, tam, gdzie był mój tata, tam była Polska. Z Polską spotykałam się poprzez słowa, które słyszałam od rodziców i od dziadków. Spotykałam ją w piosenkach, które śpiewali, i w opowiadaniach. Razem z rodzicami mojej mamy mieszkaliśmy w jednym domu, rozmawialiśmy po polsku o Polsce. Wzrastając, nasłuchałam się opowiadań o Polsce przed wojną, o Polsce podczas wojny i o tym, co spotkało Polaków w latach powojennych, jak i o tym, że nie mogąc wrócić do wolnej ojczyzny, musieli znaleźć sobie miejsce zamieszkania gdzieś indziej. Musieli odnaleźć się w zupełnie obcym, nie zawsze przyjaznym środowisku, i zabezpieczyć przyszłość swoim dzieciom. Był bardzo silny nacisk na naukę, nie tylko w mojej rodzinie, ale również w rodzinach moich rówieśników, żeby się dostać na wyższe uczelnie, bo to zapewnia lepszy byt człowiekowi. Mimo tego był też nacisk na to, żeby mówić po polsku. I w soboty rano chodziliśmy do polskiej szkoły. Tam uczyliśmy się po polsku mówić, czytać, pisać, śpiewać, były lekcje tańców polskich. Przestrzegaliśmy przy tym świąt narodowych, a więc obchodziliśmy 3 maja, 11 listopada. Każda klasa przygotowywała jakiś program, który był związany właśnie z tym tematem. Żyłam więc w dwóch światach, bo w ciągu tygodnia chodziłam do angielskiej szkoły, a w soboty i niedziele na zajęcia polskie.

Wspomniała Pani, że Pani Ojciec po wojnie nie mógł wrócić do Polski. Dlaczego?
– Wielu Polaków uważało, że rząd komunistyczny został Polakom narzucony siłą i nie jest prawdziwym rządem. Według nich Polska była jeszcze w niewoli, a II wojna światowa jeszcze się nie zakończyła. Kiedy pod koniec wojny w Londynie paradowały narody zwycięskie, to Polaków na tę paradę nie zaproszono. Zresztą Polacy nie mieli wtedy się z czego cieszyć, dlatego że na konferencji w Jałcie i Teheranie to inni zadecydowali o losach ich kraju – ci, którzy nie byli Polakami. W związku z tym wielu z nich po wojnie nie mogło do ojczyzny wrócić. Ci, którzy przeszli przez Syberię, wiedzieli, jak Sowieci traktują Polaków. Nie chcieli ryzykować powrotu do kraju, w którym takie rzeczy mogły się powtórzyć. A poza tym uważali, że walka o wolność Polski musi dalej trwać, tyle że w inny sposób, już nie z bronią w ręku, ale poprzez kontakty z władzami krajów zamieszkania, poprzez tworzenie Polski poza Polską, dla swoich dzieci. Powstawały parafie prowadzone przez polskich księży, przy których działały polskie szkółki, które w sobotę rano miały swoje lekcje, bo w tygodniu szło się oczywiście do angielskich szkół. Powstawały zespoły taneczne, drużyny harcerskie, różne inne organizacje, które podkreślały polskie pochodzenie ich członków. Nie mogliśmy być w ojczyźnie, ale ją kochaliśmy i mogliśmy o niej mówić całemu wolnemu światu.

Pani Ojciec, Ryszard Kaczorowski, był ostatnim prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie. Jak Pani go wspomina, jak Pani wspomina rodzinny dom?
– Tata był zawsze optymistą i nigdy nie dawał za wygraną, nawet gdy Anglicy mówili: wy się wynarodowicie, po 10 latach nikt z was nie będzie mówił już po polsku. W domu się mówiło dużo o Polsce, po polsku. Tata i mama uważali bowiem, że to od nich zależy, czy ich dzieci będą mówiły po polsku, czy nie. I tutaj należy też wspomnieć o roli harcerzy i harcerek w Anglii po wojnie, którzy kontynuowali nadal swoją pracę. Właściwie ta ich praca nigdy nie ustała. W czasie wojny, gdzie tylko mogli i jak tylko mogli, zakładali jednostki harcerskie. Trzeba dodać, że gdy polska armia generała Andersa wyjeżdżała z Rosji, to żołnierze mogli wziąć ze sobą rodziny. Mężczyźni przechodzili potem szkolenie wojskowe, natomiast z ludnością cywilną trzeba było coś zrobić. Wtedy Brytyjczycy zorganizowali dla nich osiedla w swoich koloniach w Afryce i Indiach, i tam, po tych okropnych przejściach na Syberii, Polacy, szczególnie dzieci i młodzież, mogli na nowo odżyć. Tam też prowadzono polskie szkoły i zakładano harcerstwo. Taki szlak armii Andersa przebył mój ojciec, a w jednym z obozów dla ludności cywilnej przebywała moja mama.

Czy Pani mama, podobnie jak Pani Ojciec, przeszła również przez Rosję w czasie II wojny światowej?
– Tak, mama mieszkała niedaleko Stanisławowa. W 1940 roku Rosjanie wywieźli ją na Syberię z całą jej rodziną, tylko dlatego, że byli Polakami. Jednak udało się im razem z polskim wojskiem wydostać z Rosji sowieckiej. Mama została umieszczona w obozie dla ludności cywilnej w Afryce, w Ugandzie, nad jeziorem Wiktoria. A po wojnie, tak jak wiele tysięcy innych osób, nie miała gdzie wrócić. Granice zostały przesunięte i tam, gdzie dawniej sięgała Polska, teraz była Rosja sowiecka. Nie chciała tam wracać, została w Wielkiej Brytanii.

W pierwszą rocznicę śmierci Pani Ojca, dzięki staraniom pisma „Polonika” i Stacji Naukowej PAN w Wiedniu, odsłonięta została w Wiedniu tablica poświęcona jego pamięci. Jak Pani wraca wspomnieniami do tego tragicznego wydarzenia z kwietnia 2010 roku?
– Dla całej naszej rodziny jest to bardzo ciężkie wspomnienie. Można wiele mówić o tym, ale niejedna osoba straciła kogoś bliskiego w tej katastrofie, więc my nie możemy się wyróżniać. Strata tych ludzi była wielka, w wielu rodzinach zabrakło bardzo kochanych i bliskich osób. Powinniśmy pamiętać tych, którzy zginęli, ale nie wolno nam zapomnieć, że w tym samolocie lecieli tego dnia do Katynia. Świat jeszcze nie osądził zbrodni Sowietów, tak jak osądził zbrodnie Niemców po wojnie. I czekamy, musimy się ciągle upominać, przypomninać, co to był Katyń. Bo Katyń nie był tylko punktem na mapie. Katyń symbolizuje jakby sposób postępowania z Polakami przez Rosjan w tamtych czasach. To były wywózki, rozstrzeliwania, to były też te mordy w ciemnych lasach. Dotknęło to mnóstwo rodzin, które zaginęły na zawsze w śniegach Syberii, w tajgach. Nie wolno nam o tym zapomnieć.

Powołany został zespół parlamentarny do spraw wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Jaki jest Pani stosunek do tej inicjatywy?
– Każdy wypadek wymaga bardzo dokładnego zbadania, co trwa czasami nawet dziesięć lat. Czekamy na wypowiedzi ekspertów i gdy ukaże się ostateczny raport, to będziemy wtedy mieli o czym dyskutować. Jeden raport już wyszedł, ale jeżeli ci, którzy się na tym znają, uważają, że trzeba jeszcze tę sprawę zbadać, to niech ją zbadają.

Anna Maria Anders, córka generała Władysława Andersa, podobnie jak Pani całe swe życie spędziła za granicą. Ostatnio zaangażowała się w polską politykę. Czy Pani nie chciałaby również podjąć takiej działalności?
– Nie, polityka mnie nigdy nie ciągnęła. Nie mam tzw. zacięcia politycznego. Jestem z zawodu nauczycielką i moja służba Polsce odbywa się w klasach polskiej szkoły sobotniej, w której uczę, i w harcerstwie, w którym działam.

Jak wygląda Pani życie w Wielkiej Brytanii. Czym się Pani zajmuje?
– Będąc z zawodu nauczycielką przez wiele lat uczyłam geografii, potem zaczęłam się zajmować dziećmi i trudną młodzieżą. Obecnie uczę chore dzieci, które ze względu na stan zdrowia nie mogą uczęszczać do szkoły. Jeżdżę do ich domów i udzielam lekcji.

Czy nie myślała Pani, żeby zamieszkać w Polsce?
– To byłoby bardzo miłe, natomiast cała moja rodzina jest w Anglii. Poza tym uważam, że żyjąc w Anglii mam więcej okazji do tego, by mówić szerszemu gronu ludzi o tej prawdzie historycznej, o tym, co przeżyli nasi ojcowie i dziadkowie w okresie II wojny światowej.

Jest Pani przedstawicielką tej starszej emigracji. Teraz, szczególnie w Wielkiej Brytanii, osiedla się nowa polska emigracja. Jak Pani ocenia decyzje młodych Polaków o wyjeździe z ojczyzny?
– Każdy ma prawo zakładać sobie życie tam, gdzie chce. Ja ich decyzji nie osądzam w żaden sposób. Mogę jednak powiedzieć, że ci, którzy się znaleźli w Anglii, spotkali się z pozytywnymi reakcjami u ludzi, gdyż Polacy są tam widziani jako ludzie pracowici, uczciwi. A przy tym jako naród bardzo dbamy o wychowanie i wykształcenie swoich dzieci. Jako nauczycielka mogę powiedzieć, że poziom polskich dzieci w angielskich szkołach jest przeważnie bardzo wysoki, podobnie zresztą było, gdy sama chodziłam do szkoły. To, że jakiś Anglik powie czy zrobi coś nieodpowiedniego, nie świadczy o postawie całego społeczeństwa. W każdym narodzie są tacy, którzy nieodpowiedzialnie się zachowują.

Ostatnio miały miejsce wrogie incydenty wobec Polaków w Wielkiej Brytanii. Czy nie obawia się Pani, że przy odrobinie politycznego przyzwolenia ujawnią się wrogie postawy wobec obcokrajowców?
– Może się tak stać, oczywiście, jednak większość społeczeństwa w Anglii nie jest wrogo ustosunkowana wobec obcokrajowców. Wszelkie stwierdzone ostatnio napady na Polaków miały bardzo negatywny odzew w społeczeństwie brytyjskim, które występowało przeciwko temu i okazywało różnymi sposobami przyjaźń w stosunku do Polaków, którzy mieszkają na Wyspach.

Im bardziej Polacy są akceptowani przez społeczeństwa, w których żyją, tym łatwiej jest im pielęgnować swoje pochodzenie i przyznawać się do niego.
– Przyznawanie się do polskości z pewnością nikomu nie ubliża i nikomu nie szkodzi. Należy przestrzegać praw państwa, w którym się mieszka, i włączać się w życie tegoż kraju. Nie znaczy to wcale, że trzeba zapomnieć o Polsce, bo można równolegle miłować jeden kraj i drugi. Dlaczego ktokolwiek miałby się wstydzić tego, że jest Polakiem? Reprezentujemy naród, który tyle osiągnął, tyle włożył w rozwój Europy i całego świata. Nie możemy się wstydzić naszych korzeni, naszego pochodzenia, naszego języka. Przecież człowiek, który mówi dwoma językami, inaczej patrzy na świat i lepiej go rozumie. Dano nam najpiękniejszy język na świecie i o ten piękny język musimy dbać.

Pani mówi piękną polszczyzną, bez żadnych angielskich wtrąceń.
– Rozmawiając po polsku, pracuję nad tym, żeby nie wtrącać po angielsku. Czasami jest łatwiej coś wyrazić po angielsku, ale trzeba mieć silny charakter i nie pozwolić sobie na to. Oczywiście utrzymanie wysokiego poziomu biegłości, gdy się mieszka poza Polską, nie zawsze jest łatwe, ale każda rzecz, każde osiągnięcie, które jest wartościowe, wymaga wysiłku. Nie można sobie z góry powiedzieć: to jest niemożliwe, bo wtedy się niczego nie osiągnie. Jeżeli z góry wychodzimy z założenia, że można utrzymać język polski, to w jakimś stopniu to się uda.

Czy jest coś, co chciałaby Pani przekazać, szczególnie młodym Polakom żyjącym poza swoją ojczyzną?
– Kiedy ukończyłam szkołę średnią i poszłam na studia, to zdałam sobie sprawę, że mam coś w sobie, czego moi angielscy rówieśnicy nie mają. Miałam bardzo wyjątkowe powiązanie z krajem, którego nigdy nie widziałam. Już na studiach włączyłam się więc w życie polskie w Londynie. Potem, gdy w tygodniu pracowałam już jako nauczycielka w angielskich szkołach, w soboty zaczęłam uczyć w polskich szkołach. To był początek długiej i bardzo pięknej wędrówki, w czasie której z każdym rokiem dowiadywałam się czegoś więcej o Polsce. Poznawałam ją coraz bardziej i ta wędrówka do dziś się dla mnie nie zakończyła. Życzę wszystkim, aby również taką wędrówkę podjęli, aby nie znudzili się szukając Polski, bo ona ma wiele wymiarów i można ją odnajdywać na wielu płaszczyznach. Każdy sam musi do niej dotrzeć, ale najpierw trzeba wybrać sobie tę drogę.
Przytoczę pewne zdarzenie, którego byłam świadkiem. Była to rozmowa mojego taty z młodym człowiekiem, który próbował udowodnić, że nie ma po co mówić po polsku, zajmować się sprawami polskimi, bo to jest zmarnowany czas, przecież mieszkamy w Anglii, przecież tyle tu się rzeczy dzieje, mamy tutaj inne obowiązki. I mój tata powiedział mu tak: „Naród polski przetrwał ponad tysiąc lat, zanim tyś się urodził. I jak ty umrzesz, ten naród będzie dalej trwał. Ty masz wybór – możesz od niego odejść albo stać się jego częścią”. I ja życzę wszystkim młodym ludziom polskiego pochodzenia, aby wybrali właśnie to drugie, aby każdy z nich stał się dobrą, pozytywną częścią narodu polskiego.

 

Rozmawiał Sławomir Iwanowski,  "Polonika" nr 257, listopad/grudzoeń 2016.

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…