Akordeonista z Pustyni Błędowskiej

Zaczynał jako uliczny grajek, obecnie występuje na najlepszych scenach Wiednia. Krzysztof Dobrek uchodzi za najbardziej nowatorskiego akordeonistę Austrii.

Wybrałam się na koncert zespołu "Dobrek Bistro". Kiedy wybrzmiały ostatnie bisy i publiczność opuściła salę, usiedliśmy z Panem Krzysztofem na scenie, wśród rozłożonych instrumentów, mikrofonów i głośników.

Kiedy zaczęła się Pana przygoda z akordeonem?
- Do mojej rodzinnej wioski Chechło na skraju Pustyni Błędowskiej przyjeżdżał raz w tygodniu wujek Alek, który również i mnie udzielał lekcji na akordeonie. Potem była podstawowa szkoła muzyczna w Olkuszu. A kiedy jeszcze później uczęszczałem do katowickiego Liceum Muzycznego nastąpił we mnie pierwszy bunt młodości. Miałem wtedy 14 lat, w Polsce panował stan wojenny, a ja pasjami słuchałem Radia Wolna Europa. Zapuściłem długie włosy, założyłem z kolegami zespół muzyczny i rozpocząłem zarabiać swoje pierwsze pieniądze grając na weselach. Z dnia na dzień szkoła interesowała mnie coraz mniej, coraz bardziej natomiast ciągnęło mnie w kierunku "prawdziwego" życia. W końcu przeniosłem się do Krakowa. Akordeon wylądował na szafie, a ja rozpocząłem naukę gry na fagocie.
Dlaczego właśnie na fagocie?
- Zbyt dużego wyboru nie miałem. Na akordeon nie mogłem patrzeć, a wewnętrznie byłem absolutnie przekonany, że chcę być muzykiem. Fagot dawał mi możliwość kontaktu z wieloma ciekawymi ludźmi, mogłem mieszkać w bursie szkół artystycznych, a fakt, że posiadałem ciągle status ucznia odraczał mnie od obowiązku służby wojskowej. W szkole byłem raczej rzadkim gościem, pojawiałem się przede wszystkim na egzaminach. Cała moja edukacja muzyczna przebiegała po innych torach. Mnóstwo słuchałem, dużo czytałem i całymi nocami dyskutowałem o muzyce. Każda nowa znajomość poszerzała moje muzyczne horyzonty.
Co spowodowało powrót do akordeonu?
- Mój ostatni dzień w Polsce oznaczał pożegnanie fagotu, a pierwszy w Austrii okazał się powrotem do akordeonu.
Kiedy zdecydował się Pan na wyjazd z kraju?
- Pamiętam tę datę bardzo dobrze. Był to wtorek 4 września 1990 roku. Telewizja Polska zaraz po wieczorynce uraczyła nas wiadomością, że Austria, jako ostatnie wówczas państwo Europy Zachodniej zamierzała wprowadzić wizy dla Polaków. Namyślałem się całą noc, a coś szeptało mi, że muszę wyjechać. Miałem wtedy 23 lata i przeczucie, że służba wojskowa w kraju mnie nie ominie. Spakowałem więc rankiem manatki, kupiłem bilet w jedną stronę, wymieniłem cały swój majątek na szylingi i ruszyłem w drogę.
Kiedy wysiadałem na “Südbahnhofie” miałem jedną parę butów i spodni, akordeon oraz 200 szylingów. Pierwszą noc spędziłem w małym pokoiku, w którym stały 4 łóżka i mieszkało 5 osób. Rozkładając na podłodze śpiwór nawet nie przypuszczałem, że przyszłość każe mi się zrastać z tym miastem. Myśli moje wypełniały tylko dwa pytania: gdzie się podziać i jak się utrzymać? Jeszcze tego samego dnia odszukałem Kärntnerstrasse i zarobiłem pierwsze szylingi. Już wkrótce stać mnie było na zapłacenie łóżka za cały miesiąc "z góry". Czułem się jak prawdziwy kapitalista.
Czy z grania na ulicy można się utrzymać? Jak kształtują się prawa tego rynku?
- Ze wszystkiego można się utrzymać pod warunkiem, że się to robi dobrze. Również grając na ulicy można partaczyć robotę. Kiedy przyjechałem do Wiednia obowiązywały w pierwszym becyrku zupełnie inne przepisy niż obecnie, grać wolno było tylko od godziny 17 do 21. Teraz między Operą a Stefansplatz są wydzielone zaledwie 4 miejsca dla muzyków, za moich czasów występowało na tym odcinku około 14 grup i to bardzo dobrych. Kiedy sobie pomyślałem, że mam stanąć pośród nich i zarobić na życie, to włos mi się jeżył na głowie. Już od godziny 15 wszystkie miejsca były zajęte. Należało przyjść odpowiednio wcześnie, pilnować upatrzonego kawałka ulicy i kilka godzin uważać, by potencjalni rywale nie rozłożyli swoich instrumentów zbyt blisko. Sześć lat zarabiałem graniem na ulicy i przyznać muszę, że to ciężki kawałek chleba. Najgorzej było zimą i latem, podczas mrozów nikt bowiem nie zatrzymywał się, aby posłuchać muzyki, upały zaś sprawiały, że ludzie na jej uroki już nie reagowali.
Grając na ulicy muzyk uczy się być twardym i odpornym. Czasami od pierwszego dźwięku szło wspaniale, a po paru minutach przychodził deszcz, manifestacja albo coś jeszcze innego i wszystko brało w łeb. Stale byłem konfrontowany z podobnymi sytuacjami. Jeśli jednak nie traci się z zasięgu wzroku postawionego sobie celu, to z czasem i kłody padające pod nogi tracą na znaczeniu.
Gdzie Pan najczęściej grał? Jaki był Pana repertuar?
- Mimo że większość czasu spędziłem w stolicy Austrii, to udało mi się zaistnieć na większości deptaków między Wiedniem a Paryżem. Lubiłem grać w małych miasteczkach Niemiec, Szwajcarii, Francji i Austrii. Chodziło mi przede wszystkim o stronę komercjalną. Pojawiając się w coraz to innych miejscach byłem nową twarzą, przechodnie zwracali na mnie uwagę i więcej mogłem zarobić. Przy okazji zawsze udawało mi się coś ciekawego zobaczyć i zwiedzić. Repertuar uzależniałem od tego, czy grałem w niedzielę dla spacerowiczów, czy też w dzień powszedni dla ludzi w będących w stresie zakupów. Inne utwory wykonywałem stojąc w przejściu metra, inne na Favoriten, a już zupełnie inaczej dobierałem program na Kaertnerstrasse czy Graben. Generalnie obowiązuje zasada, że przechodnie płacą za znane melodie. Tej regule jest się bardzo trudno oprzeć.
Wielu muzyków rozpoczynało swoją karierą muzyczną z 10 utworami, po czym, by zwiększyć efektywność swojej pracy redukowali program do tych tylko hitów, które gwarantowały grosiwo. Znam takich, którzy przez wiele lat potrafili ciągle grać kilka zaledwie utworów. Stało się dla mnie jasne, że wykonując sprawdzone przeboje nie będę musiał stać 8 godzin, gdyż to samo mogłem zarobić w dużo krótszym czasie. Z drugiej jednak strony nie chciałem tracić radości muzykowania, więc opracowałem sobie program na tyle duży i różnorodny, aby żaden utwór nie powtórzył się jednego dnia. Z perspektywy lat mogą stwierdzić, że takie nastawienie mnie uratowało.
Uratowało przed czym?
- Przed degradacją pasji muzykowania do rangi rzemiosła przynoszącego jedynie pieniądze.
Grając dla przechodniów miał Pan okazję obserwować z bliska swoją publiczność. Czy jakieś wydarzenie utkwiło szczególnie w Pana pamięci?
- Pewnego ranka graliśmy w tunelu pomiędzy metrem a kolejką pospieszną. Pędzący do pracy przechodnie wrzucali do kufra swoje datki. Spośród nich wyłoniła się nagle bezdomna staruszka, w cuchnących na odległość łachmanach, z dobytkiem upchanym w dwóch reklamówkach Billi. Widywaliśmy ją często śpiącą na ławkach w metrze. Zatrzymała się przed nami i zaczęła w tym dobytku grzebać. Po kilkunastu minutach wyjęła 10 groszy, wrzuciła nam do kufra i poszła dalej. Pomiędzy monetami i banknotami szylingowymi leżała jedna 10-cio groszówka, a myśmy się we nią wpatrywali, jakby była pierścieniem z diamentem.
W jakich okolicznościach doszło do pożegnania z deptakiem i debiutu na "prawdziwej" scenie?
- Po paru latach grania na ulicy trafiła mi się letnia robota w bawarskim namiocie piwnym we Francji. Wystrojony w skórzane spodenki, białe podkolanówki oraz kapelusik z piórkiem wycinałem bawarskie i tyrolskie piosenki dla bardzo mocno podchmielonych Francuzów. Praca ta okazała się dużo gorsza niż granie na ulicy. Jedyną zaletą było to, że szybko nauczyłem się tam j. niemieckiego i nawiązałem kontakty z innymi muzykami. To właśnie one zaowocowały w roku 1996 angażem do nietuzinkowej formacji muzyczno-kabaretowej "Die Landstreich", z którą współpracuję do dnia dzisiejszego. Dajemy około 60 koncertów rocznie w całej Austrii. W 1997 roku poznałem Marię Bill, wspaniałą aktorkę i piosenkarkę. Szukała właśnie akordeonisty do swojego programu o Edith Piaf. Spośród kilkudziesięciu kandydatów wybrała mnie. Produkcja ta odnosi olbrzymie sukcesy i ma wspaniałe recenzje. Mimo, że zagraliśmy już ponad 300 koncertów w Austrii, Niemczech i Szwajcarii każdy występ jest dla mnie wielkim wydarzeniem.
Edith Piaff również rozpoczynała śpiewając na ulicy...Codziennie tysiące muzyków gra na ulicach, dla większości jednak pozostaje ona na zawsze ich jedyną sceną.
W grupie "Die Landstreich" zaistniał Pan również jako kompozytor.
- Zacząłem komponować w 14 roku życia. Pisałem dość dużo i namiętnie, aż w 2 lata później stwierdziłem, że moje utwory nie są warte złamanego grosza. Spaliłem więc cały swój "dorobek" i postanowiłem wrócić do komponowania dopiero wtedy, jak się czegoś więcej nauczę. 13 lat później kolega z ”Die Landstreich” zadał mi prowokacyjne pytanie, dlaczego nic nie piszę? Zabrałem się więc znowu za komponowanie i poczynam sobie na tym polu dosyć swobodnie. Może dlatego, że nie jestem kompozytorem z wykształcenia, więc nie krępują mnie żadne reguły i zasady.
Gdzie leżą źródła Pana utworów?
- Muzyka zawsze wypełniała moje życie. W Polsce interesowała mnie klasyka i jazz, a więc kierunki, które otrzymały na ołtarzu sztuki pieczątkę ważności. Jeśli w muzycznym profilu mojej osoby doszukiwać się wpływów z tamtych czasów, to byli to krakowscy Cyganie grający na Floriańskiej. Godzinami potrafiłem się im przysłuchiwać, zachwycała mnie pasja z jaką grali, ich energia i witalność. Teraz wiem, że to oni zaszczepili we mnie bakcyla, który zaowocował po latach fascynacją folklorem różnych narodów, muzyką mającą swe korzenie w przydrożnych barach, "nieuczesaną", przy której można się śmiać lub płakać, ale nie odbierać jej przez pryzmat elegancko zawiązanego krawata.
Kiedy postanowił Pan założyć własny zespół?
- Wydaje mi się, że każdy kreatywny muzyk marzy o tym by kiedyś stanąć na czele własnej formacji. Lecz założyć zespół to jeden problem, prowadzić go to następny, a utrzymać przez lata przy życiu to jeszcze coś innego. Idea własnej formacji rosła we mnie przez lata. Decydującym wydarzeniem było poznanie skrzypka z Moskwy Alioszę Bica. To było wspaniałe spotkać kogoś, kto odbiera muzykę tak samo jak ja, któremu nie musiałem niczego tłumaczyć, gdyż wykonywał moje utwory jak by były jego własnymi. Od samego początku snuliśmy plany stworzenia własnej grupy, ale odkładaliśmy termin startu z wiosny na jesień, z jesieni na wiosnę itd. Aż pewnego styczniowego popołudnia 2000 roku otrzymałem ofertę własnego wieczoru na ”Pierwszym Międzynarodowym Festiwalu Akordeonowym” w Wiedniu. Mieliśmy zaledwie 6 tygodni czasu na skompletowanie zespołu, czyli znalezienie perkusisty i kontrabasisty oraz przygotowanie programu. Nasza premiera w Wiedniu okazała się sukcesem. Nareszcie miałem własny zespół, który wykonywał moje kompozycje.
W programie koncertu "Dobrek Bistro" napisał Pan: "U nas salsa brzmi po cygańsku, tango po wiedeńsku, jazz po żydowsku, a francuska musette nosi rosyjskie piętno". Skąd tak szerokie spektrum inspiracji?
- Grając w zespole "Die Landstreich" poznałem niuanse austriackiej muzyki ludowej, kiedy nieco później trafiłem do "Tschuschenkapelle" muzyka bałkańska przestała być dla mnie białą plamą. Wtedy jeszcze powstała grupa "Acoustic Drive Orchestra", gdzie wraz z brazylijskim perkusistą , izraelskim gitarzystą, kubańskim kontrabasistą oraz wspomnianym już Alioszą staraliśmy się stworzyć coś nowego. Ten ostatni zespół został rozwiązany po dwóch latach prób w piwnicy i 6 koncertach. Problemy finansowe były nie do pokonania. Udział w każdym z tych projektów poszerzał moje horyzonty muzyczne w inną stronę. Na półce z płytami pojawiły się pozycje brazylijskie, kubańskie, tureckie i arabskie. Świat stał się dla mnie wioską, w której poczułem się jak w domu. Aby dopełnić obraz moich doświadczeń muzycznych wspomnieć muszę jeszcze udział w sztukach teatralnych i programach literackich. Uwielbiam współpracę z aktorami, zwłaszcza z tymi, w których grze czują interakcję z moją muzyką.
Pana kompozycje przekraczają granice stylistyczne i geograficzne. Słychać w nich elementy ze wszystkich możliwych zakątków świata. Jak reaguje publiczność na taki koktajl muzyczny?
- Występowaliśmy z "Dobrek Bistro" przed bardzo zróżnicowaną publicznością w Austrii, Niemczech i Polsce. Każdy słuchacz odbiera moje utwory inaczej, zależnie od własnych horyzontów muzycznych. Kiedy dla jednej osoby jest to jazz z elementami słowiańskimi, dla innej stanowi mieszankę klezmersko-cygańsko-brazyliską, a dla jeszcze kogoś innego są to piosenki, w których czuje się przestrzeń od Moskwy po Rio de Janeiro.
Najbliższe plany?
- W październiku udało mi się zrealizować projekt, w którym spotkały się cztery muzyczne światy stolicy Austrii - słowiański, arabski, brazylijski i wiedeński. Wraz ze skrzypkiem Alioszą zaprosiliśmy do współpracy trzy wielkie indywidualności Wiednia: brazylijskiego gitarzystę Alegre Correa, Libańczyka Marwana Abado oraz Rolanda Neuwirtha wykonującego tradycyjną muzykę wiedeńską. Program okazał się bardzo udany i zaproponowano nam cykl dalszych koncertów począwszy od lutego 2003. Na 14 grudnia przygotowuję wieczór polskiej poezji powojennej czytanej przez Fritza Friedla do mojej muzyki. W styczniu prezentować będziemy nowy program z "Die Landstreich", zaś w marcu "Dobrek Bistro" będzie obchodzić swe trzecie urodziny podczas Międzynarodowego Festiwalu Akordeonowego. Serdecznie zapraszam czytelników "Poloniki". Szczegóły na mojej stronie internetowej: www.dobrek-bistro.com 
Dziękuję za rozmowę, życzę dalszych sukcesów, oryginalnych pomysłów i wspaniałej publiczności.


Rozmawiała Urszula Ghoshal, Polonika nr 95/96, grudzień 2001/styczeń 2002

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…