Nad pięknym, modrym Dunajem

Fenomen dynastii Straussów polegał na tym, że tworzyło w niej aż sześciu muzyków w czterech pokoleniach. Elisabeth Strauss jest wdową po ostatnim muzyku w rodzinie Straussów. Co ciekawe – w jej żyłach płynie także polska krew... Z Elisabeth Strauss spotkałam się w jednej z wiedeńskich kawiarni.

 

Dzieciństwo i wczesną młodość spędziła Pani w Krakowie. Posługuje się Pani piękną polszczyzną.
- Pochodzę z dwujęzycznej rodziny, moja matka była Polką, ojciec Austriakiem. W domu mówiło się po niemiecku w obecnści ojca, poza tym po polsku. Chodziłam do szkoły polskiej, w Krakowie zrobiłam maturę. W czasie I wojny światowej ojciec był oficerem austriackim w Krakowie, komendantem ciężkiej artylerii, której placówka mieściła się na Bielanach u oo. kamedułów. Ojciec, choć sam był ewangelikiem, zaprzyjaźnił się z przeorem tego zakonu. Mamę poznał w czasie pobytu w Krakowie. Jako dziecko znalazła się w eleganckim internacie z językiem niemieckim, wraz z dziećmi austriackich oficerów. Moja mama była katoliczką, ojciec, jak już wspomniałam, ewangelikiem, ich ślub, po dyspensie papieża, odbył się u oo.kamedułów na Bielanach, tam gdzie kobiety w ogóle miały zakaz wstępu. Rodziny moich rodziców były przeciwne temu małżeństwu. Nie przeszkodziło to jednak temu, że ślub był piękny, romantyczny, młodzi państwo jechali w dorożce pod eskortą oficerów.
Po I wojnie światowej nastały ciężkie czasy, szczególnie dla oficerów. Rodzice zamieszkali wtedy w Wiedniu, ale myśleli o wyjeździe do Australii. Mama była już w ciąży ze mną, co nie sprzyjało takiej decyzji. Wtedy przyszła propozycja z Polski, aby rodzice przenieśli się z powrotem do Krakowa. Trzeba zaznaczyć, że w naszej polskiej rodzinie było wielu duchownych, m.in. brat mojej babci był prałatem, miał wiele wpływów i znajomości. To on ułatwił moim rodzicom przyjazd do Krakowa, przekazał im swoje mieszkanie, a sam przeniósł się do sióstr zakonnych. W Polsce żyliśmy jako obcokrajowcy, będący austriackimi obywatelami.

Jak znalazła się Pani w słynnej rodzinie Straussów?
- Przed wojną studiowałam na Uniwersytecie Jagiellońskim polonistykę i germanistykę. Miałam już nawet wybrany temat pracy doktorskiej, mianowicie germanizmy w polszczyźnie. Wybuchła II wojna światowa - i wszystko się zmieniło. Byłam obywatelką austriacką, moje przyjaciółki były Polkami. Ja nieopatrznie znalazłam się „po tej drugiej stronie”. Na mój widok odwracały się na ulicy. Mój brat musiał iść do wojska niemieckiego i zginął. Wyjechałam do Wiednia i rozpoczęłam tutaj studia. Właśnie w Wiedniu „odkryto” mój głos, zaczęłam śpiewać. W konserwatorium wiedeńskim poznałam męża, który był tutaj korepetytorem.

Eduard Strauss, Pani mąż, był ostatnim muzykiem w rodzinie Straussów.
- W 1949 roku Wiedeń obchodził 100 - lecie śmierci Johanna Straussa ojca i 50-lecie śmierci Johanna syna. Przy tej okazji zaczęto się interesować, kto z tej rodziny jeszcze żyje. W ten sposób „odkryto” niejako mojego męża, tak jak i w tej chwili wielkim zainteresowaniem cieszy się mój syn, również Eduard, chociaż nie jest muzykiem. Burmistrz Wiednia, Theodor Körner, zaprosił nas jako gości honorowych do miejskiego ratusza na Bal Straussowski. O północy dyrygent zaproponował mojemu mężowi przejęcie batuty. Rozbrzmiały takty walca „Nad pięknym modrym Dunajem”. Przedstawiciele rządu i goście byli zachwyceni, skandowali: „Znowu mamy Straussa”. Uderzające podobieństwo mojego męża do Johanna Straussa sprawiło, że porównywano atmosferę na balu z atmosferą, która musiała towarzyszyć debiutowi Johanna Straussa u Dommayera. Wtedy właśnie „odkryto” mojego męża. Eduard nie miał zamiaru zajmować się muzyką straussowską, chciał być raczej dyrygentem operowym. Wszyscy jednak zaczęli go przekonywać, namawiać, żeby zajął się muzyką swoich przodków. Okazało się, że robi to naprawdę dobrze, że ma to po prostu we krwi.
Eduard był kapelmistrzem, w 1965 r. dla niego założona została Wiedeńska Orkiestra Johanna Straussa z oryginalną obsadą 42 muzyków - mąż był jej pierwszym dyrygentem. Występów w Wiedniu było niewiele, mąż wciąż był na tournée, np. w Japonii, Szwecji czy Ameryce. W 1967 r. przypadała 100 rocznica walca „Nad pięknym modrym Dunajem”. Z tej okazji odbyło się mnóstwo koncertów, m.in. koncert w Warszawie, gdzie Eduard dyrygował Orkiestrą Polskiego Radia. Koncert ten spotkał się z wielkim zainteresowaniem. Na granicy na Łysej Polanie czekaliśmy bardzo długo, już zaczęliśmy się niepokoić, czy coś jest nie w porządku, gdy okazało się, że powód opóźnienia był bardzo miły - celnicy, którzy słuchali tego koncertu chcieli nam po prostu wręczyć kwiaty.
W czasie pobytu w Polsce mąż nagrał płytę z popularnymi utworami Straussa, m.in. „Nad pięknym modrym Dunajem”, która jest obecnie białym krukiem fonograficznym.
Niewątpliwą zasługą Eduarda był renesans muzyki straussowskiej w całym świecie, co w tamtych powojennych latach miało dla Austrii niebagatelne znaczenie.

W 1999 roku przypada nie tylko 100. rocznica śmierci „króla walca” i 150 jego ojca. Dokładnie przed 30 laty zmarł również Pani mąż.
- Eduard Strauss zmarł niespodziewanie w niedzielę wielkanocną 1969 r. Zostałam sama z niespełna 14- letnim synem i chorą matką w wózku inwalidzkim. Musiałam zrezygnować z pięknego mieszkania w I dzielnicy. Urząd ds. Kultury Miasta Wiednia pomógł mi wówczas w otrzymaniu małego, niedrogiego mieszkania.
Śmierć męża przypadła na początek jego coraz lepiej rozwijającej się kariery. Eduard Strauss, dziadek mojego męża, rozwiązał Orkiestrę Straussowską w Bostonie. Eduard, mój mąż, planował wielkie tournée do Ameryki – w ten sposób chciał podchwycić i kontynuować zerwany wątek swojej rodziny. Jego droga do zdobycia uznania nie była łatwa, wciąż porównywany był ze swoimi słynnymi przodkami, „takie nazwisko” było nie tylko chlubą, ale i trudnym wyzwaniem.

Pani syn, również Eduard, nie poszedł w ślady ojca.
- Mój mąż powiedział kiedyś do syna: - Jeżeli z tym nazwiskiem chcesz zajmować się muzyką, to musisz być znacznie lepszy od wszystkich. Syn wyrastał więc z poczuciem, że nie jest dość dobry, by podjąć taką drogę. Wybrał więc bardzo konkretny zawód, skończył prawo, jest sędzią Wyższego Sądu Krajowego. Jego dwaj synowie noszą już „normalne” imiona: Thomas i Michael.

Jednak Pani i Pani syn jesteście swego rodzaju ambasadorami rodziny Straussów.
- Po śmierci męża w latach 70. zaczęłam się zajmować wykładami na temat rodziny Straussów. Byłam również w Polsce, wygłosiłam prelekcje w Krakowie i w Warszawie. Współpracowałam wtedy z Towarzystwem Austriacko - Polskim i jego prezesem, dr. Theodorem Kanitzerem.
Mój syn przejął po mnie te wykłady – cieszą się one ogromnym zainteresowaniem. Kiedyś nawet policja musiała zablokować dojazd do Theresianum, w którym odbywał się wykład, gdyż przybyły takie tłumy.
Można powiedzieć, że rezultatem popularności mojego męża był fakt powstawania na całym świecie wielu Towarzystw Straussowskich, których jesteśmy honorowymi członkami. Mój syn zajmuje się naukowym opracowaniem muzyki rodziny Straussów. Stara się odtworzyć oryginalne partytury, gdyż wiele z nich zaginęło. Jest poza tym prezesem Wiedeńskiego Instytutu Badawczego Twórczości Rodziny Straussów.
Z mojej inicjatywy powstało jedyne do tej pory Polskie Towarzystwo Straussowskie w Wieliczce, które także uroczyście świętuje jubileuszowy Rok Straussów.
Eduard w lutym br. odwiedził Polskę, jego wizyta spotkała się z wielkim zainteresowaniem.

Jak wyglądają Pani kontakty z Polską?
- W Polsce bywamy wielokrotnie, mąż także chętnie jeździł do Krakowa, również syn, który przyjaźni się ze starszym od niego o 3 lata synem mojej kuzynki, Janem. Mając 13 lat Edi spędzał wakacje w Polsce, siedział z kuzynem w Porąbce nad rzeczką i uczyli się: jaskółka – Schwalbe, rzeka – Fluss. Niestety, mój syn nie mówi zbyt dobrze po polsku, choć wiele rozumie.
Mieszkająca w Krakowie rodzina bardzo często gościła i gości w Wiedniu, choć wcześniej wiązało się to z licznymi trudnościami, np. zaproszenia, wizy.

Czy miała Pani kontakty z polskimi lub polonijnymi instytucjami w Wiedniu, czy była Pani przez nie zapraszana?
- Jedyna organizacja, z którą utrzymuję kontakty i której do dziś jestem członkiem to wspomniane już Towarzystwo Austriacko-Polskie.

Czytelników na pewno zainteresuje genealogia rodziny Straussów.
- Słynny Johann Strauss ojciec miał 3 synów: Johanna, Josefa i Eduarda. Wbrew jego woli, wszyscy zostali muzykami. Najsłynniejszy z tej trójki to Johann, „król walca”, trochę niedoceniany, wcześnie zmarły Josef, autor wspaniałych kompozycji oraz Eduard – dziadek mojego męża. Eduard, zwany „szykownym Edim” był tym, na którym spoczął cały ciężar prowadzenia Orkiestry Straussowskiej.

Co mówiło się w rodzinie na temat „szykownego Ediego”, który nie tylko rozwiązał Orkiestrę Straussowską, ale przede wszystkim spalił kilkaset kilogramów archiwów rodzinnej orkiestry?
- Na podjęcie takiej decyzji wpłynęło niewątpliwie wiele czynników. Po pierwsze: nieprzyjemna sytuacja w jego rodzinie. Któregoś dnia Eduard wrócił z tournée do Ameryki i przekonał się, że synowie wydali cały jego majątek. Popadł w konflikt z rodziną i wydziedziczył swoich synów. Edi jeszcze raz pojechał na tournée do Ameryki i zarobił tyle, że mógł sobie zapewnić spokojną starość. Po drugie: jako muzyk czuł się rozgoryczony i rozczarowany. Nieustannie był porównywany ze swym bratem Johannem. Sam był dobrym kompozytorem, ale nie aż tak dobrym jak jego bracia. Ponadto czuł się wciąż niedoceniany – od 1870 r. sam prowadził słynną Orkiestrę Straussowską i nie tylko był jej dyrygentem. ale i administratorem, organizatorem, musiał rozstrzygać różnego rodzaju konflikty z członkami orkiestry. Po trzecie: na przełomie stuleci świat zaczął się interesować jazzem, inne tańce zyskały na popularności. Eduardowi wydawało się, że oznacza to koniec zainteresowania muzyką Straussów. Jakże bardzo sie mylił... We wspomnieniach wydanych w formie książkowej tłumaczy, że decyzję spalenia archiwów orkiestry bracia podjęli wspólnie dużo wcześniej. Niewątpliwą jednak zasługą Eduarda w czasach, gdy nie było radia ani telewizji, było rozpropagowanie muzyki Straussów przez liczne koncerty – grał w ponad 800 miastach Europy.

W wiedeńskim konserwatorium zdała Pani egzamin operowy. Czy nie żałowała Pani swojej decyzji zrezygnowania z zawodu śpiewaczki?
- Mój mąż był bardzo staromodny. Instynktownie nie chciał, żebym miała zawód, który wymaga ogromnego zaangażowania. Ja żyłam dla męża i dla jego powołania, wspierałam go. Mąż musiał odnosić sukcesy, gdyż żyliśmy z muzyki. Żałuję, że sama nie śpiewałam. Jednak brałam udział w życiu muzycznym Wiednia, byłam szczęśliwa, będąc członkiem tak słynnej rodziny.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 54/55, lipiec/sierpień 1999 r.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…