Historia się powtarza

Sławomir Konik, urodzony w 1981 roku absolwent archeologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, od 2004 roku mieszka w Austrii. Rozmawiamy o jego pracy i znaleziskach z miejsca bitwy pod Wagram nieopodal Wiednia, które bada od 2017 roku.

 

Co spowodowało, że wybrał Pan zawód archeologa?
– Zainteresowanie historią, ale i potrzeba ruchu na świeżym powietrzu. Dziwnym trafem archeologia łączy te dwie rzeczy w idealnych proporcjach.
Czy praca archeologa należy do tych, które są lekkie, łatwe i przyjemne?
– To zależy dla kogo. Ja uważam, że nie jest ani lekka, ani łatwa. To ciężka, fizyczna praca, ale wymagająca wiedzy, intuicji i silnej woli. Trzeba też być odpornym na warunki terenowe i pogodowe. Upraszczając, pół roku pracuję w pełnym słońcu, a pół roku mam wodę w butach. Ale ta praca daje mi dużą satysfakcję i nie wyobrażam sobie robienia czegoś innego.
Austria należy do państw o długiej i bogatej historii. Dla archeologa jest tu wiele do odkrycia.
– Austria nie różni się specjalnie od innych krajów Europy Środkowej, może jedynie obecność Imperium Rzymskiego przez 400 lat świadczy o wyjątkowości Austrii w stosunku do np. Polski. Poza tym pradzieje i dalsza historia tych dwóch krajów są w dużej mierze zbliżone. Można powiedzieć, że Europa połączona jest wspólną historią od tysięcy lat.
Badania cmentarzy, miast i willi rzymskich na tym tle są wyjątkowe i ekscytujące. Bogactwo i piękno zabytków sprawiają, że dotyka się niejako cywilizacji świata śródziemnomorskiego, trochę innej i obcej od naszej, środkowoeuropejskiej.
Pamięta Pan swoje pierwsze odkrycie lub znalezisko w Austrii, które zrobiło na Panu szczególne wrażenie?
- W roku 2004 trafiliśmy w okolicy Bruck an der Leitha na grób mężczyzny z jednym naczyniem glazurowanym oraz kośćmi konia. Był to pierwszy grób, który eksplorowałem i dokumentowałem rysunkowo. Po latach dowiedziałem się, że mężczyzną tym był prawdopodobnie jeden z Tatarów, których zabrał ze sobą do Austrii król Zygmunt Stary jako swój poczet, na spotkanie z królem Maksymilianem I, cesarzem niemieckim i Władysławem I, królem Węgier. Istnieje wpis w księgach parafialnych, że Tatarzy pokłócili się między sobą i jeden z nich zginął. Naczynie dobrze datowało grób na XVI wiek, zaś kości konia identyfikowały pochowanego człowieka jako nomada, koczownika. Było to nieczęste powiązanie archeologii z pisaną historią, a taka interpretacja wydaje się więcej niż prawdopodobna.
W ubiegłym roku austriackie media obiegła sensacyjna informacja, że przy budowie trasy S8 w pobliżu Wiednia natknięto się na masowe groby. Powierzono Panu przeprowadzenie prac archeologicznych. Czyje szczątki tam spoczywają?
– Za pośrednictwem wiedeńskiej firmy archeologicznej Novetus GmbH, dostałem w 2017 roku zlecenie na prowadzenie badań archeologicznych na trasie drogi S8 Marchfeldschnellstrasse. Przebieg drogi przecina część pola bitwy pod Wagram. Prace rozpoczęliśmy w marcu 2017 roku i już po 2 tygodniach sondaży natrafiliśmy na obiekty archeologiczne i pierwszy masowy grób. Obecność licznych kul ołowianych, guzików mundurowych, odłamków kul armatnich oraz innych przedmiotów, które można datować na początek XIX wieku, zdradziła szybko, że znalezione szkielety są szczątkami żołnierzy poległych pod Wagram w 1809 roku.
Proszę powiedzieć coś więcej o tej wojnie i bitwie pod Wagram.
– W 1809 roku Francja pod panowaniem cesarza Napoleona była już europejskim hegemonem. Upokorzona w czasie wojny w 1805 roku (Austerlitz) Austria pragnęła odzyskać swoją rolę w Europie i utracone ziemie. Nowa wojna, która wybuchła na Półwyspie Iberyjskim w 1808 roku, skłoniła ten kraj do przygotowań wojennych. Austria zaatakowała w kwietniu 1809 roku wszystkich sojuszników Francji, z którymi graniczyła (Włochy, Bawarię, Saksonię i Księstwo Warszawskie), oraz posiadłości Francji w Dalmacji. W Bawarii doszło do serii bitew i porażek Habsburgów, w wyniku których Francuzi szybko (już 13 maja) dotarli i zajęli Wiedeń. Następnie Napoleon pragnął przeprawić swoją armię na północny brzeg Dunaju i zniszczyć armię arcyksięcia Karola. Pierwsza taka próba skończyła się dla Austrii szczęśliwie: armia francuska przegrała 21–22 maja pod Aspern i Essling. Kolejna próba, już o wiele lepiej przygotowana, nastąpiła 5 lipca, kiedy armia francuska, wcześniej budując wielki obóz wojskowy oraz mobilne mosty, przeszła przez Dunaj z wyspy Lobau na Pole Morawskie. Już wieczorem doszło do pierwszych starć, a rozstrzygnięcie nastąpiło 6 lipca 1809 roku. Ogromne armie (w sumie ponad 300 tysięcy żołnierzy i około 1000 armat) starły się ze sobą w największej bitwie tamtych czasów. Austriacy mimo dzielnej postawy i heroicznych czynów przegrali, ale wycofali armię niezniszczoną. Dopiero tydzień później pod Znojmem doszło do ostatniej bitwy tej wojny, w trakcie której cesarz Franciszek I poprosił o rozejm.
W bitwie pod Wagram walczyli również Polacy. Czy natrafił Pan na jakieś polskie ślady?
– Tak, pod Wagram walczyli również Polacy i to po obu stronach. Po stronie Napoleona znajdował się 1. Polski Pułk Lekkokonny Gwardii Cesarskiej, który zdążył się już wsławić w bitwie 30 listopada 1808 roku w Hiszpanii, w szarży na przełęczy Somosierra. Ruszyli oni do ataku po południu 6 lipca, osłaniając atak piechoty mającej przełamać centrum wojsk austriackich. Przeciwko nim wysłano pułk ułanów księcia Schwarzenberga, sformowany w Galicji i złożony z… Polaków. Żołnierze ponoć siarczyście po polsku przeklinali! Ostatecznie pułk gwardii wziął górę, zaś ułanom zabrali lance i od tamtej pory, za pozwoleniem cesarza, używali ich skutecznie w walce, a do nazwy dodali sobie miano lansjerów. Niestety nie udało nam się znaleźć żadnych śladów po tych oddziałach, choć bardzo sobie tego życzyłem. Ale może kiedyś jeszcze coś odnajdę?
Prace wykopaliskowe z pola bitwy pod Wagram jeszcze się nie zakończyły?
– Większa część badań została już zakończona, ale mamy jeszcze kilka pól do zbadania. Obecnie nie prowadzimy badań terenowych, ale będą one wznowione, gdy inwestor wykupi pola pod budowę. Tutaj wyjaśnię, że badania archeologiczne pod inwestycje nigdy i nigdzie w Unii Europejskiej nie powinny wstrzymywać tych inwestycji. Czas prowadzenia badań jest z góry oszacowany i musi być wliczony w czas budowy. Niestety często obwinia się archeologów o opóźnienia na budowach, „bo coś znowu znaleźli”. Z reguły przyczyny są inne, a praca archeologów stanowi wygodny pretekst dla usprawiedliwienia opóźnień.Ciągle pracujemy nad opracowaniem wyników naszych badań. Odnaleźliśmy w sumie kilkanaście tysięcy zabytków związanych z bitwą pod Wagram, takich jak wspomniane już guziki mundurowe i resztki amunicji, ale poza tym monety, plomby, wszelakie okucia, sprzączki, dewocjonalia, resztki broni oraz wiele innych. Poza tym ponad 500 obiektów nieruchomych, tzn. głównie jam obozowych oraz 35 grobów, przy czym 15 z nich to groby pojedyncze, a 20 zawierało od 2 do 6 szkieletów ludzkich i/lub końskich. Na podstawie zabytków znalezionych w grobach udaje się przyporządkować szkielety do poszczególnych jednostek wojskowych, co może stanowić wstęp do dalszych badań identyfikacyjnych celem określenia pochodzenia i tożsamości żołnierzy. Dodatkowo odkryliśmy również osadę prehistoryczną sprzed około 2000 lat.
Czy można stwierdzić, kto zamieszkiwał tę osadę?
– Materiał zabytkowy znaleziony w obiektach archeologicznych należy do późnej fazy tzw. kultury lateńskiej. Archeolodzy starają się nie identyfikować archeologicznych kultur z odrębnymi ludami, ale w tym wypadku możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że chodzi po prostu o Celtów, lud znany m.in. z komiksów o Asteriksie i Obeliksie. Była to prawdopodobnie mieszanka różnych ludów zamieszkująca przez wiele stuleci znaczne połacie Europy. Słynęli z bitności, złupili Rzym, walczyli też skutecznie z Grekami i Macedończykami na Bałkanach, a nawet w Azji Mniejszej. Mieli również wysoko rozwiniętą, bogatą i charakterystyczną kulturę materialną. Ich pozostałości znajdywane są przez archeologów w całej Austrii, a przedmioty ich kultury materialnej zdobią wiele muzeów, m.in. wiedeńskie NHM, w Hallstatt czy w Hallein. Obiekty osadowe z Wagram to prawdopodobnie pozostałości po małym, wiejskim gospodarstwie z kilkoma ziemiankami mieszkalnymi, studniami i jamami, dość typowym w nizinnym krajobrazie tej części Austrii.
Do Pana zadań należy tylko odkrywanie, czy też badanie znalezisk?
– Oczywiście badanie znalezisk, ich wydatowanie i określenie ich znaczenia oraz wydobycie z nich jak najwięcej informacji również należy do moich obowiązków. Dla przykładu zwykła ołowiana kulka, jakich znaleźliśmy ponad 3500 pod Wagram, może dostarczyć wielu ciekawych informacji. Z jakiego okresu pochodzi? Czy została wystrzelona, czy zgubiona? Czy trafiła w cel? Czy była obrabiana przed użyciem? Z jakiej broni została wystrzelona? Która strona ich użyła? Nie zawsze można na wszystkie pytania odpowiedzieć, ale należy je sobie postawić. Najciekawsze okazały się jednak guziki. Okazuje się, że zwykły guzik nosi bardzo wiele precyzyjnych informacji mówiących o jego wytwórcy, datowaniu, materiale itd. Jesteśmy w tych badaniach ciągle na starcie, choć tak wiele już udało się zrobić. Jak to się mówi, im głębiej w las, tym ciemniej...
Archeologiczne badania pól bitew i miejsc zbrodni są dyscypliną całkiem młodą. Przodują w niej Amerykanie i Anglicy, ale również Polacy: prowadzone są badania bitwy pod Grunwaldem już od lat 60. XX wieku, bitwy pod Kunowicami, pod Legnicą, zbadano Redutę Ordona w Warszawie czy Las Katyński. IPN prowadzi badania obozów partyzanckich i poszukuje grobów konkretnych ofiar obozów koncentracyjnych i żołnierzy podziemia. W Austrii póki co nie prowadziło się, z tego, co wiem, badań pól bitew, więc jesteśmy tutaj niejako prekursorami tej dyscypliny.
W archeologii, jak w każdej nauce, istnieją specjalizacje. W czym Pan się specjalizuje w swojej pracy zawodowej?
– Istnieją oczywiście różne specjalizacje w obrębie archeologii. Na studiach zajmowałem się archeologią Ameryki Środkowej, ale w trakcie pracy zawodowej, czyli pracując na projektach ratowniczych w różnych krajach, musiałem poznać różne metody i nabyć wiedzę o różnych okresach historycznych. Można powiedzieć, że teraz moją specjalizacją jest archeologia ratownicza, a ja jestem archeologiem polowym.
Czy w swej pracy spotyka Pan poszukiwaczy amatorów? Czy oni pomagają, czy też przeszkadzają w pracy archeologa?
– To trudne pytanie. Są poszukiwacze, którzy pomagają archeologom w ich pracy przy różnych projektach naukowych. Takie poszukiwania są oczywiście pożądane i korzystne dla obu stron. Niestety są poszukiwacze, którzy z różnych względów wchodzą na stanowiska archeologiczne i stamtąd wybierają zabytki. Wtedy stają się one dla nauki bezwartościowe, jeśli w ogóle udaje je się kiedyś odzyskać. Utracony zostaje wtedy cały kontekst znaleziska, czyli gdzie i z czym dany zabytek w ziemi leżał. Pod Wagram zdarzały się wypadki niszczenia obiektów archeologicznych przez poszukiwaczy, w czasie gdy nas nie było na stanowisku (święta, weekendy lub godziny wieczorne). Skradzionych zabytków nie udało się niestety odzyskać...
Jeżeli ktoś coś znajdzie, np. zakopany garnek ze złotymi monetami, to czy staje się to już jego własnością? Jakie są przepisy prawne dotyczące znalezisk?
– Poszukiwanie zabytków wymaga odpowiedniej zgody urzędu konserwatorskiego. Jeśli ktoś dokona znaleziska, jest zobowiązany do natychmiastowego poinformowania urzędu. To istotne ze względu na zachowanie zabytku, jego konserwację oraz określenie położenia i sprawdzenie, czy jest tam już znane stanowisko archeologiczne. Znalezione zabytki nie są automatycznie własnością znalazcy, bowiem należą również do właściciela gruntu oraz w pewnym stopniu do państwa. Natomiast są bardzo wyraźne ograniczenia dotyczące sprzedaży i przechowywania zabytków. Słowem, nawet gdy część znaleziska stanie się własnością znalazcy, to nie będzie to oznaczać, że może je swobodnie spieniężyć, a wręcz będzie nałożony obowiązek prawidłowego przechowywania.
A swoją drogą, jeśli ktoś kupuje wykrywacz metali, żeby szukać skarbów, to powinien natychmiast znaleźć sobie inne hobby. W zasadzie jest pewne, że z takim nastawieniem balansuje na granicy prawa. A jeśli interesuje się historią regionu, to powinien to robić legalnie, za zgodą i pozwoleniem urzędu konserwatorskiego.
Czy są jakieś różnice dotyczące pracy archeologa, jeżeli chodzi o Austrię i Polskę?
– Tak, w obu krajach stosuje się trochę inną metodykę badań. Bez wdawania się w szczegóły, w Europie stosuje się dwie metodyki: jedna jest bardziej anglosaska, a druga bardziej europejska. W Austrii stosuje się od kilku lat metodykę anglosaską, a w Polsce i np. w Bawarii europejską. Ja preferuję europejską, ale umiem zastosować obie, co daje często lepsze efekty, niż gdy zna się tylko jedną.
Czy fakt, że mieszka Pan w Austrii ma związek z Pana pracą zawodową, czy też zadecydowały o tym inne kwestie?
– Przyjechałem do Austrii w 2004 roku do pracy. Prowadzono wtedy kilka ciekawych i wielkich projektów archeologicznych, m.in. przy autostradzie A6. Właśnie tam natrafiono na niezwykle ciekawe cmentarzysko awarskie z wczesnego średniowiecza, ale i rzymskie wille i groby. Spotkałem właściwych ludzi, którzy zaproponowali mi pracę, i postanowiłem spróbować. Szybko się zadomowiłem i zostałem, choć często pracuję poza Austrią, głównie w Bawarii. Ale mieszkam tutaj.
Jako archeolog zajmuje się Pan przeszłością, historią poprzednich pokoleń. Do jakiej życiowej refleksji może skłaniać takie zajęcie?
– To, że przysłowia są mądrością narodów, że to, co się stało, już się nie odstanie. A historia lubi się powtarzać. Albo nawet bardziej – historia się po prostu powtarza.

Rozmawiała Patrycja Brzoza, Polonika nr 272, maj/czerwiec 2019

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…