Sprzedajemy sposób na życie

Kto by pomyślał, że wystarczy 20 minut, aby się przenieść w czasie. Nie potrzebujemy do tego specjalnej maszyny, bo wystarczy samochód albo pociąg z Wiednia do Gänserndorf. Należy tylko wcześniej sprawdzić dokładne położenie sklepu Trachten & Leder Suchodolski.

Jak sama nazwa firmy wskazuje, można tam nabyć wyjątkowe kreacje rodem z XIX wieku. Proszę się jednak nie obawiać – są one uszyte zgodnie z panującymi obecnie trendami. Nad całym biznesem czuwa Pani Krystyna Suchodolski, która opowiedziała czytelnikom „Poloniki" o fenomenie strojów ludowych w Austrii i o tym, jak przez 40 lat jej rodzina budowała markę, która jest znana w całym kraju.

Jak to się dzieje, że moda na Tracht i Dirndl w Austrii nie przemija?
Już Franciszek Józef I chętnie nosił ludowe stroje – krótkie spodnie skórzane, do tego długie skarpety, odpowiednie buty, marynarkę i nakrycie głowy. Pokazał przez to, że ów ubiór jest bardzo szlachetny. Właściwie to on tę linię... wystylizował i wypromował. Z czasem całe nobliwe towarzystwo przejęło ten styl. Sama nie wiem, z czego wynika ten fenomen. Ostatnio znowu wzrosła moda na elementy ludowe – kolorową chustę, spodnie skórzane czy koszulę w kratkę. Od kilku lat mamy Wiener Wiesnfest i to dalej spotęgowało popularność strojów ludowych. Zresztą pierwszy oficjalny Dirndl na to wydarzenie został właśnie przez nas zaprojektowany. W 2011 roku postanowiliśmy sobie, że skoro tak wielkie impreza odbędzie się w Wiedniu, to oficjalna kreacja musi pochodzić z firmy Suchodolski.
Pomimo wykształcenia muzycznego związała się Pani z branżą tekstylną. Czy było to Pani ukryte marzenie?
Może to nie była miłość od pierwszego dnia pracy, bo ta pasja z czasem się we mnie wykształciła. Ale tradycyjne ludowe ubiory od zawsze mi się podobały. Gdy jeszcze mieszkałam w Polsce, bardzo chętnie chodziłam do Cepelii i podziwiałam towary tam dostępne. Miłość do muzyki wiąże się z zamiłowaniem do rzeczy pięknych, a teraz... otacza mnie wiele pięknych sukni. Każda z nich jest inna i to jest wspaniałe.
Skąd pomysł na taki biznes?
Mój mąż zaczął w Poysdorf w 1975 roku produkcję artykułów tekstylnych. Wtedy to nie były jeszcze tylko i wyłącznie trachty. Na początku mieliśmy sklep w Wiedniu, ale z czasem przenieśliśmy się do Gänserndorf. Obraliśmy kierunek na modę ludową, co okazało się strzałem w dziesiątkę, i tego się trzymamy od 40 lat.
Jak wspomina Pani początki? Chyba rzadko się zdarza, aby obcokrajowcy ubierali Austriaków w ich tradycyjne stroje.
Na początku ludzie odnosili się do nas z lekkim dystansem. Ja się im wcale nie dziwię, bo przecież jak ktoś, kto z tego kraju nie pochodzi, może zajmować się takimi artykułami. Gdybym młotki sprzedawała, to nie byłoby żadnych problemów. A tracht i dindrl to w Austrii rzecz święta. Dlatego musieliśmy sobie wyrobić markę, pokazać naszym klientom, że naprawdę znamy się na tym, co robimy. Obecnie nasze stroje noszą chętnie zwykli ludzie, jak i osoby piastujące ważne stanowiska w kraju, między innymi szef rządu Dolnej Austrii dr Erwin Proll.
Prowadzą Państwo rodzinny biznes?
Tak, ja i mój mąż daliśmy początek marce Trachten & Leder Suchodolski. Od 10 lat pracuje ze mną również syn Filip, który jest głosem nowej generacji, więc nie muszę martwić się o przyszłość. Naprawdę to jest duma Polki, że udało mi się zaistnieć w tym środowisku. Opierając się tylko na swojej ciężkiej pracy, stworzyliśmy markę, która jest rozpoznawalna i ceniona. Udało mi się pokazać, że Polak jak chce, to potrafi, a jeżeli stoi za nim rodzina, to może jeszcze więcej.
Czy Państwo sami wszystko projektują i szyją?
Wraz z synem zajmujemy się projektowaniem. On ma do tego wybitny talent. To spod jego ręki wyszły nasze wyjątkowe guziki z kłosami i kolorami tej ziemi z najnowszej kolekcji. Szycie zlecamy zewnętrznym firmom, które się w tym specjalizują. W Górnej Austrii mamy największego producenta tradycyjnych sukni, który w branży uznawany jest za wybitnego specjalistę. Kolejnym naszym partnerem jest firma niemiecka, która już od 150 lat istnieje na rynku. Oni trudnią się tylko modą męską. Z racji jubileuszu, który w tym roku obchodzimy, stworzyliśmy specjalną kolekcję, która również została wyprodukowana tu, na miejscu, a nie gdzieś w Chinach.
Skąd bierze Pani pomysły na kroje i barwy?
Inspiruje mnie Austria. Kolekcję dla Weinviertel stworzyliśmy w 2009 roku, a jej prezentacja odbyła się w Schloss Hof. Przy tworzeniu stroju opierałam się na tym, co znalazłam w archiwach. Jednak żadna z moich klientek nie założyłaby sukni sprzed 200 lat, więc musiałam modele zmodyfikować i dopasować do potrzeb obecnego rynku. Widać w nich kolory regionu, jest na przykład zieleń winorośli. Ale to nie jedyny przypadek, gdy tworzyłam dla konkretnego regionu. Również burmistrzowie 25 gmin z Marchfeld poprosili mnie o stworzenie kolekcji, która będzie charakterystyczna dla ich ziemi. Pomyślałam sobie, że przecież to jest spiżarnia Dolnej Austrii, czyli marchewka i groszek. To są wyśmienite barwy, z których można wiele stworzyć i które latem w Marchfeld widać na każdym polu. Suknia jest siwa jako synonim ziemi. Specjalne guziki z napisem Marchfeld i z kłosami zboża również podkreślają przynależność do tego regionu. Obecnie dostajemy wiele zapytań od zespołów muzycznych. Oni z kolei chcą mieć stroje zgodne z kolorystyką herbów miejscowości, z których pochodzą. Do mnie zaś należy połączenie tego wszystkiego w jedną spójną całość.
Czym Pani firma się różni od innych, które działają w Austrii?
Na pewno aktywnością. Biznes jest dla nas ważną częścią życia i staramy się działać jak najwięcej. Kiedyś podczas rozmowy zapytałam pewnego byłego ministra obrony narodowej, czy ma dla mnie zamek. Kiedy mu wyjaśniłam, że chcę tam zorganizować prezentację naszej nowej kolekcji dla Weinviertel, bardzo szybko zabrał się za załatwianie sprawy. I takim oto sposobem dostaliśmy do dyspozycji w 2009 roku Schloss Hof, jeden z najważniejszych zamków w regionie. Może i słusznie, że rzeczy ważne dla tej ziemi są pokazywane w specjalnych miejscach. Współpracujemy też z organizacją Pro Juventute, która zbiera między innymi pieniądze na budowę domów dziecka. W kwietniu wspólnie zorganizowaliśmy w Wiedniu imprezę charytatywną i specjalnie na tę okazję przyjechała z Niemiec aktorka Christine Neubauer.
Marka Suchodolski istnieje od 40 lat na rynku. Czy od samego początku są Państwo na topie, czy były jakieś kryzysy po drodze?
Jak najbardziej, były i kryzysy, ale to jest częścią każdego biznesu. Zapewne jest ich mniej, od czasu gdy postawiliśmy tylko i wyłącznie na tracht i dindrl. Szczerze muszę przyznać, że dobrze nam to idzie. A to dlatego, że u mnie nie ma soboty, niedzieli czy święta. Ja mogę w tej firmie nocować, wystarczy tylko, że sobie łóżko pośrodku sklepu postawię. Z czasem praca stała się też moim hobby, a to znacznie pomaga w działaniu. Tyle pokazów mody, które ja tutaj miałam w ciągu ostatnich 20 lat, nikt w branży chyba nie zrobił. Cały czas dostajemy telefony z zapytaniem o pokaz kolekcji na festiwalach czy innych regionalnych wydarzeniach
„Tradycja z przyszłością” to slogan Pani firmy. Kto go wymyślił? Dlaczego tak brzmi?
Doszliśmy do tego wspólnie. Tradycja nie może być tylko tym, co przeżyliśmy, my wciąż żyjemy i ją rozwijamy. Idealnymi przykładami są nasze regionalne stroje, które właśnie ulepszamy. Staramy się je dopasować do tego, w czym zechcą chodzić kobiety XXI wieku. Nie można wziąć z archiwum projektu sukni, wyprodukować jej i kazać nosić. Tradycja cały czas żyje, my ją tworzymy i rozwijamy, ona musi mieć przyszłość.
Wspomniała Pani o pokazach mody, politykach. Kto robi zakupy w sklepie Trachten & Leder Suchodolski?
Mamy bardzo zróżnicowaną klientelę, bo przychodzą do nas ludzie w każdym wieku, z każdej grupy społecznej. Czasami nawet pojawiają się obcokrajowcy, na przykład Amerykanie lub Francuzi, którzy przyjechali z wizytą do Austrii i chcą się zaopatrzyć w stroje regionalne. Ja również jestem swoją klientką. Mamy taką zasadę, że w sklepie powinniśmy nosić to, co jest u nas dostępne. Ale nie zapominajmy, że ja jestem firmą i jak mnie widzą, tak mnie piszą.
Jaki styl lubią najbardziej Austriacy?
Suknia jest przeznaczona głównie na specjalne okazje. Bardzo chodliwym towarem są koszulki i dżinsy, które mają tylko delikatne zdobienia. Można u mnie również kupić kostium w tradycyjnym stylu i nikt żadnej kobiecie nie powie, że jest źle ubrana. Młodzi mężczyźni lubią nasze skórzane spodnie w kombinacji ze zwykłym podkoszulkiem i japonkami. To jest kolejny przykład na to, że tradycja żyje i się rozwija. Jest ona po prostu sztuką życia, której nauka zaczyna się w szkole, a później pojawia się na balach czy meczach reprezentacji. Nitką, która przewija się przez wszystkie sytuacje życiowe, zaczynając od chrzcin, a na pogrzebie kończąc.
Tracht i Dirndl to standard. Czy można coś jeszcze znaleźć w Pani sklepie?
Cóż, najłatwiej można powiedzieć, że sprzedajemy sposób na życie. Jeżeli klientka przychodzi i mówi, że chciałaby coś ładnego, ale sama nie wie co, to trzeba mieć naprawdę duży asortyment, by coś dla niej dopasować. U nas oprócz ubiorów można znaleźć wszystkie dodatki do tradycyjnych strojów i dla osób w każdym wieku. Do tego mamy również kurtki na każdą porę roku. Najlepszym materiałem jest sfilcowana wełna, loden. W XIX wieku firma Lodenfrey dostała na tragach w Paryżu złoty medal za ten pomysł. Chodzi o to, że gdy człowiek wychodzi w góry, materiał nie może przemakać i nie może się podrzeć podczas upadku. Stąd właśnie rzeczy wykonane z filcu przetrwają całe generacje. Jak spodnie skórzane są krojone, to dobrze widać blizny jelenia czy sarny, bo to naturalny produkt. I jeśli do tego szyje się je ręcznie, to cena takich spodni może być wysoka, bo proszę sobie wyobrazić ręczne haftowanie takiej grubej skóry. To i wiele więcej mamy do zaoferowania naszym klientom w Gänserndorf.
Polska pod wieloma względami podobna jest do Austrii. Z czego zatem wynika fakt, że w naszej ojczyźnie stroje ludowe nie są tak popularne?
Od jakiegoś czasu i w Polsce ludowość nabiera na znaczeniu. Możemy zauważyć określone elementy na bluzkach i chustach młodych dziewczyn, ale nie jest to tak intensywnie żywe jak tutaj. W Polsce brakuje osoby, która by się tym tematem zajęła. Gdybym ja miała więcej czasu i o kilka lat mniej, to może bym i spróbowała.
W tym roku świętuje Pani okrągły jubileusz istnienia firmy, otwiera kolejny salon. Jaka jest Pani recepta na sukces?
Ja za sukcesem nigdy nie goniłam. Moja praca jest moim hobby i to jest chyba sposób na sukces. W życiu należy dążyć do tego, żeby lubić to, czym się zawodowo zajmujemy. Ja bardzo dużo pracuję i zawsze chcę iść do przodu. Uważam, że jednej recepty na sukces nie ma. Czasami sama miłość i zapał nie wystarczą, trzeba się wielu rzeczy nauczyć. Trzeba odpowiednio dobrać pracowników i umieć się z nimi komunikować. Ważne są reklama i sposób prowadzenia firmy. Sukces składa się z wielu komponentów, ale nie możemy zapomnieć o dawce szczęścia.
Czy czuje się Pani kobietą spełnioną?
Tak, jak najbardziej! Poza zdrowiem, spokojem w rodzinie i powodzeniem w biznesie, więcej nie potrzebuję. Nie mam wygórowanych życzeń, jestem zadowolona z tego, jak jest teraz. Ważne jest, żeby pracownicy mieli u mnie pracę, żeby obywało się bez ostrych wahań. Ale na to trzeba dużo pracować.
Jakie kolejne wyzwania Państwa czekają?
Na chwilę obecną zajmujemy się otwarciem kolejnej filii naszego sklepu. Będzie to spore wydarzenie, połączone z pokazem mody. Jednym z naszych modeli będzie były bokser Biko Botowamungo, z którym współpracujemy już od dłuższego czasu. Oczywiście chcemy też się dalej rozwijać i tworzyć nowe projekty.


Rozmawiała Natalia Jadach, lipiec/sierpień 2015.

 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…