Wszystko jest związane z muzyką

Wybitny polski pianista, Rafał Blechacz, ponownie gości w Wiedniu.

 

 

 

Zwycięzca XV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina, laureat prestiżowej nagrody Gilmore 2014, jeden z najwybitniejszych pianistów. W lutym 2015 roku wystąpił w wiedeńskim Konzerthaus. Na sali nie było ani jednego wolnego miejsca. Mieliśmy zaszczyt rozmawiać z artystą przed koncertem.


Ile daje Pan rocznie koncertów?
– Około 45 w ciągu roku, a zatem nie aż tak dużo. To pozwala zachować balans między życiem koncertowym i prywatnym. Są pianiści, którzy grają 150 koncertów. Wtedy artysta na pytanie, gdzie mieszka, może odpowiedzieć, że w samolocie.

Ale Pan mieszka w Polsce?
– Tak. Jestem cały czas związany z miastem, w którym się urodziłem, a także z Bydgoszczą, w której studiowałem, i nie planuję zmiany pobytu. Mamy tam bardzo dobre lotnisko, umożliwiające bezproblemowe przemieszczanie się do Frankfurtu, Monachium, czy też innych miast.

Nie chciałby się Pan przeprowadzić do Wiednia, światowej stolicy muzyki? Tu jest tyle koncertów, tyle pięknych sal, tyle świetnych fortepianów.
– Myślałem nawet o tym, ale sądzę, że wtedy bym nie ćwiczył, bo chodziłbym na te wszystkie ciekawe koncerty, które tu mają miejsce każdego dnia, nawet do opery. Jeśli chodzi o codzienną pracę z fortepianem, to potrzebuję miejsca bardziej cichego, spokojnego i mniejszego. Natomiast pod względem inspiracji i możliwości poznawania ciekawych ludzi, w tym muzyków, to rzeczywiście Wiedeń – podobnie jak Monachium i Londyn – jest najlepszym miejscem. To są miasta, w których warto być, przynajmniej przez jakiś czas.

Jak wygląda Pana powszedni dzień?
– Jest to normalny dzień pracy. Muszę powiedzieć, że pracuję, gdy nie mam koncertów, a koncerty przeszkadzają mi w pracy (śmiech). Są one efektem tej pracy, którą wykonuję w czasie, gdy nie mam recitali. Taki normalny dzień zaczynam jednak od kilku godzin pracy z fortepianem, z przerwami na spacer, sport czy inną inspirację, przy czym wszystko jest jakoś związane z muzyką. Zajmuję się wtedy repertuarem na najbliższe i dalsze koncerty, jak i projekty nagraniowe. Taki czas jest absolutnie potrzebny, przez co też ilość koncertów w danym sezonie musi być ograniczona.

Kto dokonał wyboru utworów muzycznych na Pana występ w Konzerthaus?
– To była moja propozycja. Będą tam utwory J.S. Bacha, Beethovena i Chopina, zawarte w programie, który często wykonuję w sezonie artystycznym 2014/2015 w różnych salach. Czasami dokonuję niewielkich zmian. Przykładowo, zwykle wykonuję sonatę Mozarta na początku recitalu, a tu w Wiedniu wykonam Koncert Włoski Bacha. Druga część koncertu będzie poświęcona Chopinowi, a więc znajdzie się w niej dużo polskich akcentów – trzy mazurki i Polonez fis-moll na koniec całego występu. W Konzerthaus gram po raz trzeci.

Gdyby Pan mieszkał w innym kraju i nagle na koncert przyjechałby jakiś słynny polski pianista, jaki utwór najbardziej przypomniałby Panu Polskę?
– Jest sporo takich utworów, przede wszystkim napisanych przez polskich kompozytorów, nie tylko Chopina, ale też Szymanowskiego. Myślę, że dla Polaków żyjących za granicą takim sztandarowym utworem jest Polonez As-dur bądź Polonez fis-moll Chopina, który wykonuję teraz w Wiedniu. Ten polonez jest o tyle ciekawy, że w części środkowej pojawia się mazurek, a więc stanowi połączenie dwóch tańców narodowych. Wymienić też można Polonez-Fantazję, Etiudę Rewolucyjną i oczywiście mazurki F. Chopina. To są utwory, które zawsze poruszają struny patriotyczne.

Czy ma Pan swoją ulubioną markę fortepianu, na której się Panu najlepiej gra? Krystian Zimerman wozi ze sobą Steinwaya.
Zdecydowanie Steinway. Jestem też artystą Steinwaya, bo podpisałem kontrakt z tą firmą krótko po Konkursie Chopinowskim, więc gdy tylko mam możliwość, to gram właśnie na instrumentach tej firmy.
Pamiętam te wielkie emocje w czasie Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 2005 roku, którego Pan był zwycięzcą.
To były bardzo szczęśliwe chwile w moim artystycznym życiu. Miałem też świadomość, że to życie bardzo się zmieni. Nie byłem przyzwyczajony do pewnych spraw, które wkrótce spadły na mnie i stały się codziennością, przykładowo do tego, by z dużym wyprzedzeniem planować koncerty. Nie miałem też takiego doświadczenia, jeśli chodzi o agencje artystyczne, kontrakty, managerów, planowanie itp. Nie odczuwałem też wcześniej takiego natężenia wydarzeń medialnych. Trudne okazało się także podawanie programu z dużym, bo na przykład trzyletnim, wyprzedzeniem, gdy ciężko powiedzieć, co będę grał za rok. Ale te wielkie sale koncertowe potrzebują programu, by zaplanować kolejne edycje. Wiedziałem, że jest to też klucz do zrobienia międzynarodowej kariery. Stosunkowo szybko podpisałem kontrakt z Deutsche Grammophon, co było bardzo ważne. W październiku minie 10 lat.
W tegorocznym Konkursie Chopinowskim przewodniczącą jury będzie znana Panu pani profesor z Bydgoszczy, Katarzyna Popowa-Zydroń. Gdybyście zasiadali tam wspólnie, mielibyście podobne poglądy na temat zwycięzcy?
Zawsze mieliśmy podobną opcję muzyczną i rozumieliśmy się w kwestiach interpretacji. Moje i jej pomysły nie szokowały nas wzajemnie, tak że sposób patrzenia na muzykę pewnie nadal wyglądałby podobnie. Jednak nie widzę siebie w roli jurora, bo trudno jest porównywać interpretacje, które następują tak bardzo szybko po sobie, a to nie są duże różnice. Orzec, że coś jest lepsze i gorsze w sztuce, jest zadaniem niezwykle odpowiedzialnym, trudnym i czasami nawet niemożliwym.
Czasem jednak możliwym. Jak Pan myśli, co w 2005 roku sprawiło, że zajął Pan pierwsze miejsce?
To jest zawsze niewymierna kwestia. W matematyce jest wynik i albo on się zgadza, albo nie. W muzyce z kolei albo się trafi do serca słuchacza, albo nie. Naturalnie to też kwestia gustu i stylu. Wszystkie interpretacje staram się zawsze tak przygotowywać, aby moje wykonanie nie tylko było zgodne ze stylem kompozytorskim, ale przede wszystkim z moim wyczuciem muzycznym i żeby nie było w tym żadnego emocjonalnego fałszu. Wydaje mi się, że to na pewno w jakimś stopniu zadziałało i spodobało się, wpływając na wynik konkursu. Muzyka Fryderyka zawsze była mi bardzo bliska i emocje, które są w niej zawarte, towarzyszyły mi od początku. Mogę tylko cieszyć się, że ta interpretacja trafiła do serc jurorów, słuchaczy i publiczności. To była wielka radość! Miałem strategię polegającą na tym, że byłem skoncentrowany na mojej wizji muzyki Chopina i nie rozpraszałem się interpretacjami innych pianistów. To pozwoliło mi zachować spokój. Nie byłem zorientowany, jeśli chodzi o poziom tego konkursu, więc tym bardziej wynik bardzo mnie uradował.
Jak się Pan odpręża między koncertami, zwłaszcza gdy jest ich kilka pod rząd?
Po koncercie poziom adrenaliny jest dość wysoki, więc nie mogę spać mniej więcej do godz. 4.00 czy 5.00 nad ranem. Z reguły, gdy koncerty są w Europie, to wykorzystuję ten czas na podróż, więc wsiadam w samochód i przemieszczam się do następnego miasta. W Japonii wyjatkowo wykorzystuję ten czas na podróż pociągiem, bo, z uwagi na ruch lewostronny, nigdy nie jeździłem tam samochodem. Co jest ważne na tournee, to kondycja fizyczna. Pzed całym cyklem koncertowym uprawiam więc jogging, aby przetrwać ten czas, trwający niekiedy cztery tygodnie.
Skoro lubi Pan biegać, to w Wiedniu chyba najlepiej w Schönbrunn.
– Tak, dwa razy odwiedziłem to miejsce. Jest piękne i takie tam przestrzenie! Chętnie pobiegałbym tam, ale nie wiem, czy tym razem będzie na to czas.
Wspomniał Pan o koncertach w Japonii. Jak Pan myśli, skąd u Japończyków taka fascynacja Chopinem?
– Istnieje taka teoria, że oni teraz przeżywają romantyzm, ten sam, który my mieliśmy w XIX wieku. Ta ewolucja historyczna powoduje, że oni są bardzo skoncentrowani na muzyce melancholijnej, melodyjnej, a muzyka Chopina takie właśnie emocje ze sobą niesie. Myślę też, że osobowość Japończyków jako narodu bardzo pasuje do muzyki Chopina. Spora grupa Japończyków przyjeżdża do Polski, żeby studiować u polskich profesorów pianistów i odwiedzić miejsca historycznie związane z Chopinem, a także zetknąć się z tym klimatem. W muzyce Chopina zawiera się cała paleta emocji: nie tylko melancholia, smutek czy tęsknota. Myślę jednak, że właśnie te cechy Japończykom odpowiadają, gdyż oni bywają melancholijni i sentymentalni. Są też zdolni do okazywania uczuć radosnych, co pozwalają wyrazić takie utwory jak koncerty fortepianowe Chopina czy bohaterskie polonezy.
Czy od początku jedynym instrumentem był dla Pana fortepian, czy też myślał Pan o innych instrumentach?
– Wybór fortepianu był dla mnie bardzo naturalny, choć pierwsze fascynacje muzyką rozpoczęły się od brzmień organowych. Początkowo chciałem zostać organistą, gdyż zafascynowała mnie muzyka Bacha i od niej zacząłem też edukację muzyczną. Pianino w naszym domu stało od dawna, bo mój tata trochę uczył się grać na fortepianie, poza tym należałem do ogniska muzycznego w mojej rodzinnej miejscowości, gdzie miałem kontakt z tym instrumentem od najmłodszych lat. Gdy rozpocząłem naukę na pianinie, wyobrażałem sobie, że gram na organach, ale z czasem coraz bardziej uświadamiałem sobie, że fortepian jest najwłaściwszym instrumentem dla mnie. Później była nauka w szkole muzycznej i pierwsze konkursy.
W jakim wieku zagrał Pan pierwszy ważny konkurs?
– To był 1996 rok i miałem wtedy niecałe 11 lat. Wcześniej, w wieku 8 czy 9 lat, brałem już udział w pierwszych przesłuchaniach w Warszawie. Co ciekawe, Ogólnopolski Konkurs Bachowski w Gorzowie w 1996 roku udało mi się wygrać w najstarszej grupie, choć formalnie powinienem występować wtedy w tej najmłodszej. Później były następne konkursy ogólnopolskie, a potem międzynarodowe. Szczególne znaczenie miał dla mnie konkurs w Japonii Hamamatsu w 2003 roku, no i w 2005 roku Konkurs Chopinowski.
Gdyby Pan miał się cofnąć do początków swych wyborów życiowych, to czy wybrałby Pan taką samą drogę?
– Chyba nie. Od początku chciałem być muzykiem i swoje życie łączyłem z muzyką. Trudno mi sobie nawet wyobrazić sytuację, w której muzyki nie ma. Nawet gdybym nie został pianistą, to wykonywałbym zawód związany z muzyką. Być może byłbym dyrygentem albo organistą…
Jakie są Pana plany na najbliższy rok?
– W związku z otrzymaniem nagrody Gilmore najwięcej koncertów dam w Europie. Będę też koncertował oczywiście w USA. W planie mam też projekty nagraniowe, ale nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów. Najprawdopodobniej będzie to kolejna płyta solowa. W Wiedniu pojawię się w przyszłym roku. Wystąpię także w Konzerthaus, gdzie tym razem z orkiestrą zagram drugi koncert Beethovena, pod batutą Trevora Pinnocka. Już teraz zapraszam na to zdarzenie. To jest zawsze bardzo miłe, gdy mogę spotkać tych samych ludzi, którzy przychodzą na moje koncerty.

Rozmawiała Magdalena Sekulska, Polonika 242, marzec 2015

 

 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…