Polsko, powrócę!

Alfons Haider w musicalu "Sie spielen unser Lied", fot. Inge Prader

Jest jednym z najbardziej znanych aktorów, artystów i moderatorów.

 

 

 

 

 

 

 

W telewizji ORF prowadzi programy, które przed ekrany przyciągają miliony ludzi:  „Opernball", „Life Ball" czy „Dancing Stars". Mowa o Alfonsie Haiderze.
Jest też piosenkarzem, wydał sześć płyt CD. Gdy przyznał się publicznie, że jest homoseksualistą, rozpoczęła się nagonka na niego i jego bliskich. Najbardziej bolesnym doświadczeniem dla Haidera było to, że dwóch mężczyzn pobiło na ulicy jego matkę za to, że jej syn jest gejem. Z Alfonsem Haiderem rozmawiamy o jego życiu, planach i spotkaniach z Polską.

Kiedy i jak trafił Pan na scenę?
- Od małego wiedziałem, że chcę występować na scenie. Teatr zawsze mnie fascynował, już w przedszkolu chciałem zostać artystą lub aktorem. Podobno już jako małe dziecko wiedziałem ,co zrobić, by otrzymać to, czego sobie życzę. Zawsze korzystałem ze swoich zdolności aktorskich.
Jak się Pan czuje, gdy stoi na scenie lub wie, że występuje przed liczną publicznością w telewizji?
- Nie ma dla mnie różnicy, czy występuję przed pięćdziesięcioma osobami, czy też półtoramilionową publicznością. Oczywiście przechodzi mi lekki dreszczyk po plecach, gdy wiem, że audycję oglądają prawie dwa miliony osób. Ale nie boję się, mam jedynie respekt dla widza. Przed występami typu „Dancing Stars" nie miałem czasu, by się bać. Żal mi było natomiast kilku kolegów, gdy widziałem, jak bardzo cierpieli z powodu tremy.

Alfons Haider, fot. Inge Prader
„Dancing Stars", czyli austriacka wersja „Tańca z gwiazdami", już przed pierwszą emisją wywołała wielkie zainteresowanie, niektórzy mówili o skandalu. Zatańczył Pan w tym programie z mężczyzną. Jak odebrał Pan te wszystkie dyskusje?
- Chyba byłem najbardziej zdziwiony ze wszystkich. Długo rozmawiałem i negocjowałem z Alexandrem Wrabetzem (dyrektor generalny ORF, przyp. red.). Na początku nie chciał, bym występował w tym programie jako tancerz. Podejrzewał, że będzie wiele krytycznych głosów. Później jednak postanowiliśmy, że to zrobię. Pomyśleliśmy: „W jakich czasach żyjemy? Zmieniono prawa, jest przecież 2011 rok". I pierwszy tydzień rzeczywiście minął wyśmienicie. Było spokojnie i prasa zareagowała bardzo pozytywnie, co mnie zaskoczyło. Później niestety odezwał się w skandaliczny sposób pewien kapitan samolotu (Niki Lauda, przyp.red.), z czego powstała wielka medialna burza. Szczególnie zawiedziony byłem, kiedy byli koledzy nagle wbili mi nóż w plecy. Zauważyłem jednak, że im więcej było negatywnych głosów, tym wiekszą sympatią obdarzali mnie ludzie na ulicy. Satysfakcją było dla mnie to, że Vadim, mój partner w „Dancing Stars", i ja zostaliśmy w programie przez dziewięć tygodni. Setki tysięcy ludzi głosowało na nas. To był dla mnie jeden z największych prezentów w mojej karierze. Ważne było dla mnie pokazanie, że dwóch facetów zupełnie poważnie może tańczyć walca wiedeńskiego w telewizji – i że wielu ludziom będzie się to podobać. Poza tym świadomie zdecydowałem się nie prowokować i tańczyłem z mężczyzną heteroseksualnym.
Wielu ludzi homoseksualnych nadal boi się outingu. Dlaczego?
- Przede wszystkim dlatego, że wciąż istnieje wiele uprzedzeń, stereotypowego myślenia. Przykładowo: mężczyznom nie wolno płakać, muszą być twardzi. Natomiast kobietom wolno płakać, one muszą stać w kuchni i źle jeździć samchodami. Przecież to bzdura! Nie rozumiem, czemu nadal istnieją takie idiotyczne uprzedzenia. Dopóki tak będzie, nie będzie łatwo przyznać się do skłonności homoseksualnych.
Czy łatwo było Panu przyznać się publicznie do skłonności homoseksualnych?
- To naprawdę nie było łatwe. To było czternaście lat temu, były zupełnie inne czasy. Nastąpiła medialna burza. Nie zapomnę zdania pewnego austriackiego dziennikarza, który do mnie powiedział: „Wszyscy o tym wiedzieliśmy, ale na miłość boską – nie wolno się do tego przyznawać!" To typowo austriacka mentalność. Moje środowisko niestety za to odpłaciło. Każdy powinien się dobrze nad tym zastanowić, czy l to zrobi lub w jaki sposób.
Niektórzy prawicowi politycy nie tolerują ludzi homoseksualnych. Według sondaży, szef partii FPÖ, Heinz-Christian Strache, zajmuje w tym pierwsze miejsce. Chce zostać kanclerzem. Co Pan o tym sądzi?
- Myślę, że Strache przecenia samego siebie i że wielu ludzi go przecenia. Sądzę, że jest perfekcyjnym oportunistą i politykiem opozycyjnym. Jednak jako kanclerz szybko straciłby koloryt. Jeszcze nigdy nie słyszałem od niego czegoś politycznie wartościowego. Jego slogany przeciwko obcokrajowcom nie mają tu miejsca bytu. Co do jego celu: w Austrii już kiedyś mieliśmy systuację, gdy polityk prawicowy został kanclerzem. Jednak różnica między HC Strache i Jörgem Haiderem jest ogromna - to dwa światy. Porównując ich, można powiedzieć, ze Haider był prawdziwym politykiem.
Czy wyobraża sobie Pan, by się kiedyś zaangażować w politykę?
- Powiem jak James Bond: nigdy nie mów nigdy! Mam teraz 53 lata i gdy kiedyś będzie możliwość, by coś poruszyć, czemu nie? Możliwe, że za parę lat polityka mnie skusi.
Czy jest coś, co zrobiłby Pan dziś inaczej niż kiedyś? I czy żałuje Pan pewnych decyzji?
- Nie, nie zrobiłbym nic inaczej. Myślę, że i tak nie mamy wielkiego wpływu na życie. Jedyna sprawa, której może żałuję, to fakt że nie mam własnych dzieci.
Jakie doświadczenia ma Pan z Polską i Polakami?
- Całkowicie pozytywne. Poznałem wielu Polaków, byli gościnni, sympatyczni i uprzejmi. Jeśli chodzi o prominentów, bardzo miło kojarzę byłą parę prezydencką – państwa Kwaśniewskich. Lata temu poznałem ich na Balu w Operze. W trakcie wywiadu nastąpiły techniczne problemy, prezydent Kwaśniewski zareagował pewnie i pomysłowo. On i jego żona mieli wspaniałe poczucie humoru, byli bardzo sympatycznymi ludźmi. Jeśli chodzi o Polaków w Austrii, jestem zachwycony ich integracją. Szybko się aklimatyzują i uczą się języka niemieckiego. Wszelkie uprzedzenia o Polakach mogę zdecydowanie odrzucić.
Czy był Pan kiedyś w Polsce?
- Tak, trzy lata temu byłem w Warszawie. Miałem występ, który zorganizowała Austriacka Izba Gospodarcza. Poznałem wtedy polskiego ministra gospodarki. Był tak zachwycony moim występem, że wszedł do mnie na scenę i zrobiliśmy wspólny show. To było niesamowite! Na dodatek w znakomitym teatrze obok Pałacu Kultury. Zostałem tak przyjęty przez publiczność, jakbym występował w Polsce już od dwudziestu lat. Gdy po polsku powiedziałem zdanie: „Polskie kobiety należą do najpiękniejszych", otrzymałem wielkie brawa i wiwaty. Bardzo mi się w Polsce podobało i koniecznie chcę znów ją odwiedzić. Szczególnie ciągnie mnie do Krakowa, słyszałem, że to jedno z najładniejszych miast na świecie. Polsko, powrócę!

Rozmawiał Bartosz Niedźwiedzki, Polonika nr 200, wrzesień 2011

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…