Wybaczanie jest trudną miłością

Eleni, fot. M. Michalski
Eleni – piosenkarka, której nikomu nie trzeba przedstawiać – 10 stycznia 2013 roku wystąpiła dla austriackiej Polonii w kościele parafialnym przy Galvanigasse w Wiedniu. Tuż przed koncertem artystka udzieliła nam niezwykle szczerego i osobistego wywiadu, którego motywem przewodnim okazał się człowiek.

Czy Pani zdaniem publiczność polonijna różni się od tej w kraju?
– Dzięki stosunkowo niewielkiej odległości dzielącej Polskę i Austrię tutejsza Polonia pozostaje w dobrym kontakcie z ojczyzną. Poza tym w dzisiejszych czasach koncerty polskich wykonawców można oglądać za pośrednictwem polskiej telewizji czy Internetu. Jeszcze dwadzieścia lat temu publiczność polonijna w Australii czy w Stanach Zjednoczonych szczególnie przeżywała każdy przyjazd wykonawcy. Emigranci pytali mnie wtedy często o to, jak jest w Polsce, ponieważ mieli bardzo ograniczony kontakt z ojczyzną. Mimo to uważam, że nawet w dzisiejszych czasach publiczność polonijna reaguje niezwykle spontanicznie. Polacy za granicą cieszą się, że przyjeżdża artysta, którego mogą zobaczyć i usłyszeć na żywo. Dla mnie śpiewanie w telewizji i nagrania płytowe to zupełnie coś innego niż koncert, któremu towarzyszy kontakt z publicznością i niezwykłe emocje. Zawsze powtarzam, że nie jestem piosenkarką studyjną. Kiedy słucham płyt, które do tej pory nagrałam, to odnoszę wręcz wrażenie, że to nie ja. Kiedy mam kontakt z człowiekiem, wtedy inaczej przeżywam i śpiewam. Studio nagrań jest dla mnie czymś zamkniętym i sztucznym, dlatego czasem bardzo ciężko jest mi zinterpretować utwór. Czasem pomagam sobie, robiąc w studiu nastrój, np. gaszę światło, żeby lepiej wejść w klimat piosenki.

O swojej publiczności mówi Pani z wielkim szacunkiem i przyznaje, że każdy występ traktuje Pani jak swój debiut.
– Każdy koncert jest dla mnie jak pierwszy i zawsze się denerwuję. Ja po prostu chcę jak najlepiej wszystko przekazać i stworzyć atmosferę. Nie buduję niepotrzebnych barier między sobą jako wokalistką a publicznością. Zawsze powtarzam, że nie jest to koncert, tylko spotkanie, gdzie wszyscy jesteśmy po to, żeby razem pośpiewać i chociaż na krótką chwilę zapomnieć o naszych problemach, troskach i smutkach. Chodzi o to, żeby dzięki muzyce przenieść się w inny świat, poczuć się lepszym i uwierzyć, że można zrobić coś dobrego, zarówno dla siebie, jak i dla drugiego człowieka. Taki jest cel moich spotkań z publicznością.

Przyszła Pani na świat w Polsce jako dziesiąte dziecko w rodzinie greckich emigrantów. Mówi Pani, że czuje się jednocześnie Polką i Greczynką. W którym języku łatwiej jest Pani wyrażać emocje? Który jest bliższy Pani sercu?
– Myślę, że polski. Znam oczywiście język grecki, ale myślę po polsku. Jako dziecko dodatkowo uczyłam się greckiego i historii Grecji. Rodzice i nauczyciele konsekwentnie dążyli do tego, żebyśmy znali język ojczysty naszych przodków. Z perspektywy czasu uważam, że to było naprawdę dobre.

Pani rodzice przybyli do Polski wraz z falą emigrantów w wyniku wojny domowej w Grecji. Skąd dokładnie pochodzili?
– Z północnej Grecji, sto kilometrów od Salonik. Natomiast moja mama pochodziła z Azji Mniejszej, z terenów niegdyś zamieszkiwanych przez Greków, którzy zostali wypędzeni stamtąd przez Turków. Taki los spotkał właśnie moją mamę i babcię. Musiały opuścić swój dom rodzinny i trafiły do północnej Grecji. Później była wojna domowa. Oto historia moich rodziców, którzy mimo tych wszystkich trudności nigdy się nie skarżyli. Mieli dziesięcioro dzieci, z czego dwoje zmarło jeszcze w Grecji, a ośmioro żyje do tej pory. Mam więc czterech braci i trzy siostry. Rodzice uciekali z Grecji z siedmiorgiem dzieci. Nawet nie wiem, jak to nazwać. To prawdziwe bohaterstwo. Ja przyszłam na świat już w Polsce jako dziesiąte dziecko. Rodzice byli pogodnymi ludźmi. Byli szczęśliwi, że wszyscy są zdrowi, że jesteśmy razem. Nigdy nie narzekali. Cieszyli się, że mamy dach nad głową, że jest praca. To było dla nich najważniejsze. I to, że dzieci mogły się kształcić. Mawiali, że to nasze całe bogactwo i majątek, bo nic innego nie mogą nam zaoferować. Uciekali z Grecji tak jak stali i nic nie mieli. I choć wszyscy mieszkaliśmy w dwóch pokojach, było dobrze. Dało się uczyć, bawić i śmiać – po prostu żyć. Starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym, istniała między nami naturalna więź. W naszym domu była obecna miłość. Pamiętam też sympatyczne relacje z polskimi sąsiadami. Gdy ktoś upiekł ciasto, to się podzielił. W ogóle była wtedy taka fajna radość, ludzie się częściej uśmiechali. Mimo że byli biedniejsi i nie mieli tego wszystkiego co teraz.

Koncert w Wiedniu, styczeń 2013, fot. M. Michalski
Teraz jest inaczej?
– Teraz mamy wszystko, za to zniknęła radość. Mało się uśmiechamy i rzadko przebywamy ze sobą. Ciągle brakuje nam czasu. Niejednokrotnie mam wrażenie, że nie ma człowieka. Te wszystkie telefony i komputery go niejako zastąpiły i to właśnie jest tragiczne. Mam taki zwyczaj, że jak się z kimś spotykam, np. w kawiarni, to wyłączam telefon, ale nie wszyscy tak potrafią. Mnie to sprawia przykrość. Pytam: do czego to prowadzi? Mam ochotę wtedy powiedzieć: – Ludzie! Wyłączcie te telefony! Jesteśmy w kawiarni, bądźmy ze sobą.
Sięgając pamięcią do wspomnień z dzieciństwa, nieco je idealizuję. Przyznaję, że czasem czegoś brakowało, a mimo to zawsze był człowiek. A teraz gdzieś się zagubiliśmy w tym wszystkim. Gdzieś tam pędzimy, nie wiadomo gdzie. Może warto czasem zadać sobie pytanie dokąd i trochę przystopować. Powinniśmy nauczyć się wybierać spośród tego wszystkiego, co dzisiaj ma nam do zaoferowania świat, tylko to, co jest dla nas naprawdę dobre.

Czy Pani rodzice marzyli o powrocie do ojczyzny?
– Tak. Starsi Grecy zwykli co roku na Sylwestra mówić: „No, już za rok może wrócimy do swojej ojczyzny". Ten rzeczony rok dla moich rodziców okazał się być wyjątkowo długi, bo w Polsce spędzili ponad trzydzieści lat. Do Grecji wrócili, jednak niedługo potem zmarli. Ojczyzna zastana przez nich po powrocie była już innym krajem niż ten, który opuszczali. Poza tym tata, gdy wyjeżdżał, to mówił, że pół serca zostawia w Polsce. Rodzice przyzwyczaili się do polskiej rzeczywistości, sąsiadów i do pewnego stylu życia. Tam gdzie żyjesz, stwarzasz sobie dom, taką małą ojczyznę.

Jak Pani wspomina swoje dzieciństwo? Podobno do szóstego roku życia mówiła Pani tylko po grecku.
– Rodzice mówili do nas po grecku. Nie znali języka polskiego. Ja też zanim poszłam do szkoły mówiłam tylko po grecku. Dzieci na podwórku uczyły się ode mnie niektórych greckich słówek, a ja od nich polskich. Dzieci zawsze znajdą wspólny język. Swoje dzieciństwo wspominam bardzo dobrze.
Wróćmy do początków Pani kariery, kiedy Kostas Dzokas zaproponował Pani pracę wokalistki w zespole Prometheus. Zgodziła się Pani bez wahania?
– W tamtym czasie chciałam zostać nauczycielką wychowania muzycznego, ale nie udało mi się dostać na studia. Żeby nie tracić roku, złożyłam papiery do dwuletniej szkoły informatycznej, ale wtedy właśnie pojawił się Kostas, który był znajomym mojego brata. Od niego dowiedział się, że bardzo lubię śpiewać, więc zaproponował, żebym została piosenkarką w jego zespole. Pomyślałam wtedy, że popracuję przez rok i w ten sposób pomogę finansowo rodzicom. Miał być rok, a jest już trzydzieści siedem lat. Owszem, lubiłam śpiewać, ale nigdy nie myślałam, żeby zostać piosenkarką. Tym bardziej, że byłam bardzo nieśmiała. Do dzisiaj peszą mnie pewne sytuacje.

Czy z perspektywy czasu uważa Pani, że to była dobra decyzja?
– Myślę, że tak. Oczywiście bycie piosenkarką wymagało ode mnie dużo pracy nad sobą. Nad tym, żeby opanować stres towarzyszący mi podczas występów, a nawet podczas wywiadów. Na początku w ogóle nie byłam do tego przygotowana. Jako bardzo młoda dziewczyna zostałam od razu rzucona na głęboką wodę. Naprawdę byłam bardzo wstydliwa i śpiewanie dla dużej publiczności było dla mnie sporym wysiłkiem. Ale byłam też bardzo zdyscyplinowana i zawsze dobrze przygotowana. Kostas cieszył się, że zdobył taką pracowitą i pokorną wokalistkę. Występowaliśmy wtedy w różnych miejscach, czasem w małych domach kultury albo w remizach strażackich. Nigdy nie narzekaliśmy na warunki, a bywało różnie, np. w garderobach. To nie było ważne. Najważniejsze dla nas było i do tej pory jest to, że jest człowiek, czyli publiczność.

Pani wiara w ludzi pozostała niezachwiana, mimo iż to człowiek odebrał życie Pani córce. Afrodyta została zastrzelona przez swojego chłopaka, kiedy miała siedemnaście lat, a Pani mu wybaczyła. Do dziś wielu ludzi, w tym fanów, nie potrafi zrozumieć dlaczego.
– Z przebaczeniem zetknęłam się już w domu rodzinnym. Mama, kiedy została przez kogoś skrzywdzona, zawsze potrafiła tego człowieka wytłumaczyć. Robiła to na głos, przy dzieciach, tak więc nie znałam innej możliwości. Wyrastałam w miłości do bliźniego –niezależnie od tego, co zrobił, jak postąpił. Pozostawałam zawsze otwarta w tej kwestii – kiedy zostałam skrzywdzona, przebaczałam. W takim duchu wyrastałam. Zawsze byłam wierząca. Po stracie córki często słyszałam od ludzi, że Bóg jest niesprawiedliwy, skoro takie nieszczęście spotkało właśnie mnie, dobrą osobę. Odpowiadałam: „To nie Bóg, tylko człowiek". Człowiek, który źle wykorzystał swoją wolność. Starałam się szukać przyczyny, dowiedzieć się, dlaczego w ogóle doszło do takiej tragedii. Dwoje młodych ludzi nie radzących sobie z uczuciem nie mówi o swoich problemach. To było zniewolenie psychiczne drugiej osoby, bo ono właśnie miało miejsce w związku mojej córki. Zastanawiałam się, czy my, dorośli, gdzieś popełniliśmy błąd? Zachęcam do tego – szukajmy przyczyn i rozmawiajmy z młodzieżą. Młodzi ludzie często sami z siebie nie potrafią się otworzyć i mówić o swoich problemach.

Dlaczego warto przebaczać?
– Wiem, że wielu ludzi nie potrafi sobie poradzić z przebaczeniem, czasem w ogóle nie chcą o tym słyszeć, ale to jest jedyny sposób na uwolnienie się od tych emocji, od tego zła, bo to jest złe. Niewybaczenie człowiekowi jest złe! Dopóki nie wybaczymy, złe emocje wciąż powracają i osłabiają nas od wewnątrz. Gnębimy siebie i naszych bliskich, otoczenie. W ten sposób niczego nie zmienimy, nie naprawimy. Jeśli nie wybaczymy, nie zamkniemy pewnego rozdziału, przez co nie będziemy w stanie ułożyć sobie życia. Zamiast żyć, będziemy jedynie egzystować. Wybaczenie jest trudną miłością, ale warto o nią walczyć, bo daje nam wolność.

 Ale jak tego dokonać?
– Przede wszystkim poprzez wiarę. Nie należy odchodzić od Pana Boga, bo wtedy nie ma się już czego złapać. Rozmawianie z Panem Bogiem, wyżalenie się i w ten sposób wyrzucenie z siebie złych emocji – to wszystko pomaga. Ważny jest człowiek, który wyciągnie do potrzebującego pomocną dłoń. Człowiek człowiekowi jest bardzo potrzebny – to sens naszego życia. Ludziom tak trudno to zrozumieć, a to jest takie proste.

Od wielu lat spotyka się Pani z młodzieżą. Czy opowiada im Pani o Afrodycie?
– Tak. Od osiemnastu lat odwiedzam szkoły i spotykam się z młodymi ludźmi. Przychodzę do nich nie jako piosenkarka, ale jako matka. I staram się im pokazać, jak ważne jest rozmawianie z rodzicami. Tłumaczę, że poprzez rozmowę można zapobiec wielu tragediom. Mówię o otwieraniu się i wyrażaniu swoich emocji.
Przyznaję, że my, dorośli, też popełniamy błędy, że nie mamy czasu, bo jesteśmy zabiegani. Proszę młodych ludzi, żeby byli wyrozumiali dla rodziców, którzy na pewno zaradzą ich problemom, tylko potrzebują trochę więcej czasu. Wychodzę z założenia, że z każdego, choćby najbardziej tragicznego wydarzenia, człowiek musi wyciągać jakieś wnioski. Afrodytka zostawiła zapiski, swoje przemyślenia, które były adresowane do jej rówieśników. Miałam to trzymać w szufladzie? Nie mogłam. Dlatego, choć nie było to dla mnie łatwe, postanowiłam spotykać się z młodzieżą i dzielić tym, o czym pisała moja córka. Było to kolejne wyzwanie, któremu musiałam sprostać. Ale warto było.
Po jakimś czasie zaczęłam dostawać sygnały od młodych ludzi, którzy pod wpływem spotkań ze mną otwierali się i przebaczali swoim rodzicom. Ofiara Afrodytki nie poszła więc na marne.

Rozmawiała Marta Hruz, Polonika nr 217, luty 2013

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…