Kochanie, dlaczego nie płacisz?

Wszystko dobrze - do chwili płacenia rachunku, fot. EastWest Imaging

Co kraj, to obyczaj - mówi stare przysłowie. Obyczaje się jednak zmieniają. Co na to nasi czytelnicy?

 

- Przy stoliku przy oknie siedziała piękna para. Zwrócili moją uwagę, bo dziewczyna naprawdę wyróżniała się urodą, chłopak zaś był zakochany po uszy - to po prostu było widać. Domyśliłam się też, że to była jedna z ich pierwszych randek, byli tak nieśmiali i tak zapatrzeni w siebie. Zamówili na początku wino. Po długim czasie para zamówiła jeszcze kawę i ciastka. Siedzieli zapatrzeni w siebie, zapominając o całym świecie. Gdy wreszcie mnie przywołali, podliczyłam rachunek i zanim zdążyłam o cokolwiek zapytać, chłopak powiedział, że płacą oddzielnie. Dziewczyna przeprosiła i gorączkowo zaczęła tłumaczyć, że zabrała na spotkanie inną niż zwykle torebkę, że zapomniała pieniędzy i nie ma jak zapłacić. Wtedy chłopak powiedział, że po prostu pożyczy jej te pieniądze, przecież to niewielka suma. Spojrzała na niego z wielką wdzięcznością i przyjęła propozycję.

Gdy miałam do czynienia z tzw. mieszanymi parami, najczęściej on Austriak, a dziewczyna z innego kraju, byłam kilka razy świadkiem scen zaskoczenia ze strony dziewczyny, gdy chłopak płacił tylko za siebie. Ja również zostałam tak wychowana, było to dla mnie oczywiste, że za rachunek w kawiarni czy gdziekolwiek płaci chłopak. Po przyjeździe do Austrii przekonałam się, że nie jest to takie oczywiste. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że nie jest to takie złe, gdy na spotkaniach każdy płaci rachunek za siebie. Nie ma co się oburzać: fakt, że chłopak funduje dziewczynie wszystko, wcale nie musi wróżyć szczęśliwego związku, może jest to nawet zaciąganie długu, który trzeba spłacić. Krystyna, lat 32, pracująca w jednej z wiedeńskich kawiarni.

- Nie wyobrażam sobie, żeby chłopak, z którym umawiam się na randkę, a szczególnie na jedną z pierwszych randek, nie zapłacił rachunku za nas dwoje. Potem można to już ustalać wspólnie, ale przynajmniej na początku jest to ważne, inaczej chłopak dostaje ode mnie zero punktów. Byłam kiedyś zaproszona przez moją austriacką znajomą na jej urodzinowe przyjęcie i przeżyłam szok, gdy dzień przed imprezą zadzwoniła i poinformowała mnie, żebym nie zapomniała przynieść czegoś do jedzenia i picia, po czym wymieniła, co przyniosą inni, żeby się nie dublować. Długo nie mogłam wyjść ze zdumienia. Renata, lat 23, od 2 lat mieszkająca w Wiedniu.

- W Austrii bywałem świadkiem tak skrupulatnych rozliczeń w gronie znajomych, w gronie par, że nic mnie już nie zdziwi. Uważam nadal, że elegancko jest, że jeśli zapraszam kobietę na kolację, to płacę także za nią. Co innego, gdy spotkam się służbowo z koleżanką w kawiarni, wtedy jest w porządku, jeśli każdy płaci oddzielnie za swoją kawę. Bywam często w Polsce i obserwuję, że ta oczywista hojność naszych panów też się już zmienia. Marcin, 31 lat, od 7 lat mieszkająca w Wiedniu.

- Zaraz po przyjeździe do Austrii pracowałam jako opiekunka do dziecka u bardzo zamożnej, austriackiej rodziny. Któregoś dnia kobieta uprzedziła mnie, że w następnym tygodniu będzie miała gości i robi takie małe przyjęcie - jak to określiła. Gdy przyszłam po południu, zobaczyłam cztery przyjaciółki mojej pracodawczyni. Dyskutowały z ożywieniem, przed każdą stała filiżanka kawy i jeden pączek. Gdy wychodziłam na spacer z dziećmi, nic się nie zmieniło, gdy wróciłam, przed każdą stała pusta filiżanka kawy i okruchy po pączku na talerzyku. „Przyjęcie" trwało do samego wieczora. Kobiety wyszły tuż przede mną, tzn. ok. 20.00. Wtedy kobieta zawołała mnie do kuchni i powiedziała, że i dla mnie zostawiła poczęstunek. Usiadłam więc za stołem, dostałam filiżankę kawy i też pączka. Tak wyglądało pierwsze „przyjęcie" w Austrii, w którym uczestniczyłam. Oczywiście jako „służba" zjadłam oddzielnie, w kuchni. Uważam, że są sytuacje, w których możemy ofiarować coś więcj swoim przyjaciołom. Nie musi to być od razu bufet składający się z siedmiu dań. Ale to trochę wstyd, żeby przez sześć godzin gościć „przyjaciółki" pączkiem i kawą, szczególnie wtedy, gdy odrobinę większy wydatek jest bez znaczenia, bo pani, o której mowa brakuje wielu rzeczy, oprócz pieniędzy. Dlatego też, gdy któregoś dnia niejaki Peter zaprosił mnie na obiad do restauracji, a potem zażądał oddzielnych rachunków, podziękowałam mu uprzejmie za zaproszenie. To była nasza pierwsza i ostatnia randka. Przez mężczyznę, który o mnie zabiega, chcę się czuć traktowana szczególnie. Tu chodzi bardziej o symbol. Nie chcę nikogo wykorzystywać, ale pewnych zasad trzeba przestrzegać. Gdy opowiedziałam o tej sytuacji w domu, moja babcia skomentowała to tak: „a to dziad kalwaryjski". I moim zdaniem słusznie. Katarzyna, lat 29, od 9 lat mieszkająca w Wiedniu

- Moi rodzice, urodzeni i wychowani w Polsce, tłumaczyli mi od początku, że chłopak powinien być dżentelmenem, że powinien płacić za kobietę. Powinien też pokazywać gest w stosunku do przyjaciół i znajomych. Nie trzymam się tych zasad do końca, bo myślę, że najlepszy jest zdrowy rozsądek. Wszystko zależy od sytuacji. A przeżywałem bardzo różne zdarzenia, zarówno w Polsce, jak i w Austrii. Do tej pory jestem zaskakiwany naprawdę przesadną gościnnością Polaków. Z drugiej strony bywałem na wieczorach u austriackich przyjaciół, na których częstowano mnie paluszkami i szklanką wody. Hojność w Austrii obserwujemy wtedy, gdy można ją odliczyć od podatku: biznesowe obiadki czy przyjęcia przed świętami Bożego Narodzenia. Ale tak chyba zaczyna być też i w Polsce, chyba staropolską gościnność wypiera nowoczesny, drapieżny kapitalizm. Adam, lat 36, urodzony w Wiedniu

- Randki już mam dawno za sobą, na spotkaniach ze znajomymi raczej każdy płaci oddzielnie. Jak już chcę ugościć kogoś, to zapraszam do domu, bo uwielbiam piec i gotować. Co mnie bardzo szokuje w naszej polskiej gościnności: przesadne przyjęcia. Spójrzmy na niedawne komunie w Polsce. Ludzie się zadłużają, wypożyczają, jak do ślubu, dorożki i samochody, ubierają dziewczynki niemal w ślubne sukienki, a chłopców w garnitury od Armaniego. A jakich prezentów oczekuje się od zaproszonych?! Przeraża mnie ten zwyczaj. Ostatnio byłam właśnie na takiej komunii u dalekiej kuzynki i przeżyłam szok. Moje dzieci natomiast przystępowały do I komunii w Austrii. Wszystkie dzieciaki były w jednakowych strojach, skromnych komżach, z krzyżami na piesiach. Po komunii, w zależności od możliwości, chęci, zwyczajów, goście byli zaproszeni do domów czy restauracji. Uważam zwyczaj robienia w Polsce z komunii małych przyjęć weselnych za jakieś barbarzyństwo i terror w stosunku do tych, których na takie zbytki nie stać. Ale trudno jest chyba uciec przed zbiorowym szaleństwem, bo wszyscy zachowują sie podobnie. Agata, lat 46, od 20 lat mieszkająca w Wiedniu

Adam Taubowski, Polonika nr 197, czerwiec 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…