Historie emigracyjne

Po dziś dzień otrzymuję wiadomości, z których bardzo często bije kompletna desperacja i wołanie o pomoc, fot. denis_pc

Przez kilka tygodni na własne życzenie pełniłam funkcje powiernika, psychologa, kumpla i wtedy zrozumiałam, że czasem potrzebny jest ktoś obcy, z kim po prostu można pogadać o swoim nieszczęściu.

W marcu 2011 roku odbyła się w Wiedniu premiera sztuki Bis dass der Tod uns scheidet – Dopóki śmierć nas nie rozłączy - polskiego wesela w mojej reżyserii. W spektaklu wykorzystałam autentyczne historie emigracyjne opowiedziane mi przez Polaków z całej Europy.
Spektakl – który ukazał skrawek polskiej tradycji, jakim jest rytuał weselny – mówił również o tej mało kolorowej rzeczywistości emigracji zarobkowej i tak naprawdę nie byłoby go, gdyby nie gastarbeiterzy i ich historie. To im poświęciłam te parę miesięcy przed premierą, spotykając się z nimi, odbierając ich telefony, wysłuchując historii przeważnie smutnych, ale i tych, które napawają nadzieją. Oto kilka historii, które na pewno nie są nam obce.

Pan Marcin
Pana Marcina poznałam w zimie, w trudnych dla niego okolicznościach. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2010 r. odwiedziłam moją austriacką koleżankę, u której akurat był remont. Na zewnątrz coś nieustannie stukało i po chwili dowiedziałam sią, że jakiś pan robi drzwi i chyba jest Polakiem. Pogoda tego dnia było okrutna zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt, do tego sobota. Dlatego postanowiłam zaoferować temu panu gorącą herbatę. Stojąc w przedpokoju, zapukałam w drzwi od środka, a pan na zewnątrz odpowiedział: „Kto tam?" Otworzyłam, a przede mną, niczym oświadczający się dziewczynie chłopak, klęczał w zimnie z załzawionymi oczami pan Marcin. Na moje pytanie, czy nie napiłby się herbaty, tylko pokiwał głową.
Moja koleżanka dziwiła się bardzo, dlaczego ci Polacy są tacy niedostępni i sprawiają wrażenie nieszczęśliwych i niepewnych siebie. Opowiedziała mi, jak to austriaccy robotnicy robią sobie przerwę co parę godzin, śmieją się, proszą o kawę, ogólnie rzecz biorąc, czują się jak u siebie, a Polacy unikają jakiegokolwiek kontaktu.
Po chwili jedna herbata została wypita, kolejna już się parzyła i tym razem postanowiłam zaprosić pana Marcina do wewnątrz, żeby się trochę ogrzał. Zapytałam, czemu pracuje w tak paskudną pogodę i to w dodatku w sobotę tuż przed świętami. Odpowiedział, że szef, Polak, ich strasznie goni i poniekąd wykańcza, że można oszaleć.
– Widzi pani... jakbym pracował u Austriaka, to dzisiaj nie robiłbym tych drzwi. Chodziłbym po Belwederze, poszedłbym do muzeum – to lubię.
Niestety, czym dłużej trwa ta jego praca w polskiej firmie, tym ciężej jest mu się zdecydować na zmianę posady. Od lat obiecuje sobie:
– Odejdę na wiosnę lub odejdę na zimę – i koło się zamyka. Po pracy siedzi w jednym malutkim mieszkanku z innymi, rozmawiają o pracy i piją.
Jako że pan Marcin był stosunkowo młody, zapytałam, czy jedzie na święta do Polski do rodziny. Kiedy odpowiedział, że jedzie, ale nie ma już rodziny, wiedziałam od razu, że to przypadek, jakich jest wiele. Poprzez pracę zarobkową za granicą, która miała początkowo trwać rok, a przedłużyła się do 15 lat, rodzina się rozpadła i pan Marcin został sam.
W 2010 pan Marcin pytał, czy mam koleżankę, która jest sama na Sylwestra. Mam szczerą nadzieję, że w tym roku jakaś koleżanka się znalazła, a pan Marcin zmienił już lub wkrótce zmieni firmę, czego mu z całego serca życzę.

Pani Zofia
Historia pani Zofii jest bardzo smutna, ale napawa optymizmem. Na początku prawie nie mogłam uwierzyć, że los może być tak uparty i okrutny. Panią Zofię poznałam drogą internetową, obecnie mieszka w Niemczech. Zgłosiła się na polonijnym forum w odpowiedzi na moje ogłoszenie.
Życie pani Zofii w Polsce było pełne smutku i biedy. Jej mąż był alkoholikiem i to ona – kobieta, jeździła po całym świecie, zarabiając pieniądze, aby mieli co jeść. Przez ten czas pracowała między innymi we Włoszech i w Niemczech przy zbiorze winogron za chwalebną stawkę 4 euro/godzinę, śpiąc w okropnych warunkach, czasami nawet ze szczurami.
Historia jej męża zakończyła się niestety tragicznie – pomimo usilnych błagań pani Zofii nie chciał się leczyć, załamał się i popełnił samobójstwo. Pani Zofia została sama z dziećmi, po raz kolejny bez środków do życia.
Jej kolejny cel to wyjazd do Niemiec. Najęła się jako opiekunka osób starszych i trafiła na okropną rodzinę, u której czuła się źle fizycznie i psychicznie. Po 8 miesiącach w ciężkiej depresji wróciła do Polski. Następny przystanek to Düsseldorf, w którym nie znała kompletnie nikogo. Miejsce to stało się wkrótce jej domem. Tam zaczęła szukać na własną rękę i w końcu los się do niej uśmiechnął – znalazła porządną rodzinę, u której zarabiała wystarczająco dużo, by utrzymać siebie i dzieci.
Wkrótce potem pani Zofia poznała mężczyznę, który został jej drugim mężem, i założyła rodzinę, w której jest miejsce dla dzieci pani Zofii oraz ich wspólnych. Pani Zofia pisze, że nie jest im łatwo, ponieważ obecnie tylko mąż ma pracę, ale ona nie poddaje się, kończąc swój list słowami: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni" – i to świadczy o jej ogromnej sile charakteru i o tym, że nie warto się poddawać.

Pan Tomek
Pierwszy kontakt z panem Tomkiem miałam przez telefon. Wydawał się niesamowicie zdeterminowany, ale również zdesperowany. Od razu powiedział, że się na pewno nadaje, że jest samotny, nie ma rodziny i mieszka w bardzo ciężkich warunkach. Nie szukałam sensacji, mimo to postanowiłam się z nim spotkać, bo ciekawa byłam, co popycha człowieka do wykonywania takich telefonów.
W kawiarni podszedł do mnie schludnie i elegancko ubrany mężczyzna koło czterdziestki, był bardzo uprzejmy i sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego. Nie przystawał do mojego wyobrażenia o kimś, kto łapie się ostatniej deski ratunku. Zapytałam, dlaczego chciał się spotkać, w trakcie rozmowy zrozumiałam, że człowiek ten wykonuje pracę absolutnie nieprzystającą do jego zainteresowań i że w głębi duszy jest artystą.

Pan Tomek pochodzi z dużego miasta w sercu Polski, jest wykształcony, w młodości ciągnęło go do przemysłu filmowego, miał przyjaciół artystów, a jednak los chciał, że wyjechał. Wyjechał po tym, jak jego żona wyemigrowała do USA w latach 80. i ściągnęła tam również ich córkę, ale jego już nie. Pan Tomek został sam w szarym mieście, bez perspektyw, bez rodziny i postanowił, że jedyną szansą jest wyjazd do Wiednia – miasta, które wyobrażał sobie bajecznie kolorowo. Jak mówił, na początku miał tu dobrze płatną pracę, w weekendy odwiedzał Prater i Belweder, czuł się wolny i szczęśliwy.
Przez wiele lat obejmował mnóstwo przeróżnych posad – od stanowisk kierowniczych poprzez ogrodnictwo bycie kierowcą aż po pracę na budowie.
W momencie kiedy do mnie zadzwonił, jego sytuacja była dosyć krytyczna: nie miał pracy od paru miesięcy, mieszkał na 4 metrach kwadratowych kątem u kogoś i do końca tygodnia musiał się stamtąd wyprowadzić. Mimo to pozostał optymistą.
Od zawsze interesowała go sztuka i szukał miejsc, w których dzieją się rzeczy kreatywne. Niestety, podczas pracy na budowie, jak mówił, o sztuce się nie rozmawia, a o pracy on nie może już słuchać!
Pan Tomek stanowczo odpycha od siebie wizje powrotu do Polski, chce zostać w Wiedniu, o którym mówi, że jest miastem naprawdę komfortowym. Lubi tu żyć, uśmiechać się do ludzi, jest osobą otwartą, chce nawiązywać nowe znajomości i rozpaczliwie szuka jakiejkolwiek pracy.
Historia pana Tomka to historia kogoś, kto całe życie szuka siebie i swojego miejsca w świecie. Niestety, nie spotkałam go ponownie, ani na ulicy, ani w teatrze – szkoda, bo spektakl mógłby pomóc mu poznać ludzi tak kreatywnych jak on.

Marzena
Marzena od samego początku rozbroiła mnie swoim listem, w którym bardzo szczegółowo i bez jakichkolwiek oporów opisała swoją niesamowitą historię. To, przez co przeszła, to gdzie jest teraz i jaką osobą pozostała, jest dla mnie scenariuszem bardzo odległym, a zarazem bliskim, ponieważ jesteśmy prawie w tym samym wieku.
Urodziła się i wychowała się w dużym mieście na zachodzie Polski. Pochodzi z dobrej rodziny i przez lata uczęszczała do liceum prowadzonego przez siostry zakonne, gdzie otrzymała świadectwo dojrzałości z wyróżnieniem. Mogę sobie tę szkołę dobrze wyobrazić, sama byłam w baletowej daleko od domu – internat, stołówka, dyscyplina i wkraczanie w dorosłość.
Tuż po maturze Marzena zaszła w ciążę z chłopakiem, którego bardzo kochała i postanowili oboje spróbować swego szczęścia w Anglii. Okrutnym trafem ojciec dziecka zginął w tragicznych okolicznościach, zanim chłopczyk pojawił się na świecie. W szoku i rozpaczy Marzena wróciła do Polski i długi czas dochodziła do siebie. Jako samotna matka rozpoczęła średnio ją satysfakcjonującą, jak i źle płatną pracę w salonie samochodowym. W 2009 r. pewnego dnia, jadąc samochodem, dostrzegła dziewczyny stojące przy drodze i zaczęła się nad tym poważnie zastanawiać.
Po nawiązaniu odpowiednich kontaktów Marzena wyprowadziła się do Niemiec i rozpoczęła pracę w agencji towarzyskiej. Mieszka i pracuje w dosyć dużym mieście, wraz z nowym partnerem wychowuje synka i – sądząc po zdjęciach w Internecie – jest szczęśliwa.
W zeszłym roku zapytałam, co na to jej rodzice? Oczywiście nie wiedzą, co robi, i mnie ta niewiedza wydaje się dosyć bolesna. Co na to sama Marzena? Mówi, że w żadnej innej pracy nie zarobiłaby w takim tempie na siebie i syna, i chociaż realia nie są wesołe, twierdzi że zbytnio nie cierpi, podchodzi do tego bardzo profesjonalnie i oprócz tego prowadzi normalne, zdrowe życie, w co głęboko wierzę. Mimo to szczegóły, które mi udostępniła, są zbyt pikantne, wstrząsające i bolesne, by tutaj o nich pisać. Ja wiem, że nie ma lekkiego losu i że nieczęsto może podzielić się swoimi problemami ze względu na swoją anonimowość. Dziś Marzena spodziewa się drugiego dziecka i – jak mi zakomunikowała – przestała pracować już w maju! Ta wiadomość tak mnie w głębi duszy uradowała, że dopiero teraz poczułam, że tak naprawdę bardzo pragnęłam, by zmienił się jej los. Wspaniale było ją poznać i patrzeć, jak powoli wszystko się układa. Mam nadzieję, że za rok będę gdzieś mogła przeczytać jej własnoręcznie napisane artykuły lub może nawet zobaczyć ją na scenie.

Wzrwać się z "niby życia"
Po dziś dzień otrzymuję wiadomości na ogólnoeuropejskich forach Polonii, z których bardzo często bije kompletna desperacja i wołanie o pomoc.
Historie tych osób mówią głównie o smutnym, ale jakże znanym nam wszystkim fenomenie tęsknoty, apatii oraz rozczarowania, jakie towarzyszą emigracji zarobkowej. Wyjazd z Polski, który początkowo wydaje się jedynym rozwiązaniem i jedyną szansą na przetrwanie, staje się często przekleństwem, skazując nas na samotność. W Europie te historie są bardzo do siebie podobne: wszystkie mówią o walce, jaką wyjeżdżający toczyli, toczą i toczyć będą, próbując pogodzić kwestie zarobkowe z rodzinnym szczęściem. Ale czy naprawdę warto? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Ważne jest, by zrozumieć, że zmiana leży w naszych rękach i że nigdy nie jest za późno, by wyrwać się z tego „niby życia", które upływa nam na oszczędzaniu każdego grosza, rezygnowaniu ze wspólnego szczęścia i ciągłych podróżach w ciasnym samochodzie. Zacznijmy żyć i się tym życiem cieszyć.

Magdalena Chowaniec

Polonika nr 206, marzec 2012

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…