Ciemna strona Wiednia

Nadzieją na lepsze życie miał być wyjazd za granicę , fot. © 123idees
Czasami trudno jest związać koniec z końcem. Wielu ludzi sądzi, że poprawi swój byt wtedy, gdy wyjedzie do innego kraju. Taką decyzję podjął również pan Jacek. Przyjechał do Wiednia z nadzieją, że uda mu się zarobić pieniądze, by zapewnić sobie i swojej dziewczynie lepsze życie. Wszystko zapowiadało się dobrze - do czasu.

Nadzieja na lepsze życie
Pan Jacek pochodzi z Zakopanego. Wraz ze swoją dziewczyną postanowił wyjechać z Polski.
- W moim rodzinnym mieście trudno znaleźć pracę. Najlepiej do Zakopanego przyjechać w roli turysty, a nie być rodowitym mieszkańcem. Jak większość osób miałem problem żeby znaleźć jakąkolwiek pracę, a życie w tym mieście do najtańszych nie należy - mówi pan Jacek.
Nadzieją na lepsze życie miał być wyjazd za granicę.
- Zadzwonił do mnie kolega, który przekonał mnie, żebym wyjechał do Wiednia w celach zarobkowych. Ucieszyłem się, miałem nadzieję, że w moim życiu zmieni się coś na lepsze - opowiada.
Pan Jacek uwierzył, że wreszcie uśmiechnęło się do niego szczęście. Chciał jak każdy uczciwie pracować i przyzwoicie żyć, a przy okazji mieszkać w pięknym kraju. Długo nie zwlekał z podjęciem decyzji. Postanowił jak najszybciej poduczyć się języka niemieckiego i wyjechać do Wiednia.

Inna rzeczywistość
- Do Wiednia przyjechałem w marcu 2010 roku. Szczęście nie trwało jednak długo.
Zacząłem pracować w firmie budowlanej. Miałem być zarejestrowany, wszystko miało być formalnie załatwione. Jednak tak nie było. Do listopada 2010 roku pracowałem w firmie na czarno- wspomina Jacek.
Już od samego przyjazdu do Wiednia wszystko zaczęło się komplikować. Jednak prawdziwe problemy miały się dopiero pojawić.
Pan Jacek nie miał problemów, gdy właścicielem firmy był Austriak, który szanował pracę Polaków i zawsze wypłacał pieniądze w terminie. Wszystko się zmieniło gdy pracodawcą pana Jacka został Serb, który przestał wypłacać robotnikom pieniądze.
- Poszedłem do pracy, żeby zarabiać pieniądze na życie, ale okazało się, że pracodawca robi z ludźmi co mu się żywnie podoba. Przychodził koniec tygodnia, a szef rozkładał ręce i mówił, że nie wypłaci mi pieniędzy, bo musi materiał kupić - opowiada pan Jacek.
Mężczyzna miał też problem, żeby porozumieć się z szefem, który mówi słabo po niemiecku. Musiał rozmawiać z nim po serbsku i trochę po angielsku. Nie był jedynym Polakiem w firmie. Wraz z nim pracowało trzech jego rodaków.
- Jeden z moich kolegów odszedł po trzech tygodniach, drugi po miesiącu. Zostałem tylko ja, zdeterminowany, czekający na pieniądze żeby zapłacić czynsz i mieć za co żyć - mówi z żalem.
Brak pieniędzy wiązał się z poważnymi konsekwencjami. Właściciel mieszkania zażądał pieniędzy za czynsz.
- Zadzwonił do mnie właściciel mieszkania o godzinie 22.30 i oświadczył, że mnie wyrzuca, bo nie zapłaciłem czynszu. Nie było z nim dyskusji, nie mogłem w żaden sposób się wytłumaczyć. W ciągu 12 godzin musiałem opuścić mieszkanie i szukać nowego lokum. Znalazłem pokój dla swojej przyjaciółki - dla siebie jeszcze nie - opowiada ze smutkiem.
Z panem Jackiem i jego przyjaciółką spotkałam się na Praterze. Pokazał mi ławkę na której siedział pewien starszy pan.
- Ta ławeczka na której siedzi ten pan była okupowana przeze mnie przez tydzień. Napatrzyłem się na to, co tu się dzieje po nocach. Mamy prawo pobytu w całej Europie. Niestety życie w obcym państwie nie jest takie łatwe, jakby mogło się wydawać. Tu policja jest bezwzględna dla takich jak ja. Mogą zaaresztować za jedzenie pizzy w niewłaściwym miejscu. Miałem takie zdarzenie krótko przed świętami Bożego Narodzenia - opowiada pan Jacek.

Nowe mieszkanie – Prater
Pan Jacek nie ma pieniędzy i nie może wynająć żadnego mieszkania. Nie ma także gwarancji, że pracodawca zapłaci za jego uczciwą i ciężką pracę.
- Obecnie moim nowym mieszkaniem jest Prater. Nie wiem, co mam teraz robić, gdzie szukać pomocy.
Praca w firmie budowlanej nie była łatwa. Pracownikom brakowało podstawowych narzędzi, w które powinien ich wyposażyć pracodawca.
- Wciąganie 250- 300 kg belek na dach w słoneczną pogodę jest ponad ludzką siłę. Pracodawca nie zapewnił nam napoi do picia, odpowiednich ubrań. Warunki w których się tu pracuje są tragiczne. Nie mamy żadnych zabezpieczeń, rusztowań, siatek zabezpieczających ani windy, która transportowałyby materiał do góry, niejednokrotnie na sam dach. Ogromne belki wciąga się ręcznie w trzech ludzi bez użycia jakichkolwiek lin zabezpieczających. Pracuje się narzędziami, które pozostawiają wiele do życzenia. Niejednokrotnie brakuje gwoździ czy też młotków, podstawowych narzędzi. Pracodawca się tym jednak nie przejmuje. Pracuję tam dalej, bo mam ciągle nadzieję na wypłacenie mi zaległych pieniędzy –mówi przygnębiony mężczyzna.
Pan Jacek nie chce skończyć życia na Praterze jak wielu innych Polaków.
- Poznałem ludzi, którzy się załamywali psychicznie, bo mieli podobne problemy do moich, a dochodził do tego także alkohol. Niektórzy nawet umierali na Praterze. W kwietniu tego roku zmarł mój serdeczny kolega. Studiował farmakologię w Krakowie, miał ukończone dwa fakultety, znał kilka języków obcych. Zmarł na Praterze, miał 43 lata. Przeżył podobną sytuację do mojej i nie potrafił sobie z nią poradzić. Stracił pracę, mieszkanie - wszystko co miał. Na Praterze mieszkał przez 3 lata. Po 3 latach zakończył swój pobyt w Wiedniu. Nawet nie wiem gdzie został pochowany. Próbowałem się dowiedzieć od ludzi, którzy go zabierali, ale nikt mi nie powiedział - mówi ze łzami w oczach.
Mężczyzna boi się, że jego życie może zakończyć się podobnie. - Nie chcę skończyć na Praterze. Jestem tego pewny - mówi.

Druga strona medalu
Pan Jacek padł ofiarą nieuczciwego pracodawcy. Nie jest on jedyną osobą pokrzywdzoną w taki sposób. Niektórzy nie chcą się do tego przyznać.
- Przyjeżdżając do Wiednia niejedna osoba może myśleć, że to będzie sielanka. Rzeczywiście, można wyjść na spacer, zwiedzać piękne zabytki i rozkoszować się bajecznym krajobrazem. Jednak medal ma dwie strony. Chciałbym tu normalnie pracować i cieszyć się życiem. Ale tak nie jest. To boli – mówi przygnębiony.
W przeszłości, kiedy pan Jacek miał jeszcze gdzie mieszkać, nie odwracał się od ludzi potrzebujących pomocy. Zawsze chętnie pomagał Polakom, którzy byli w ciężkiej sytuacji.
- Kiedyś pomagałem ludziom, którzy nie mieli pracy, brałem ich na noc do siebie, dawałem im jeść. Spotykam ich czasami i są mi wdzięczni.
Obecnie pan Jacek sam potrzebuje pomocy. Polaków, którzy są w podobnej sytuacji jest wielu. Często jednak się wstydzą i nie proszą o pomoc. W końcu wyjechali do lepszego świata...

Asenata Burzyński

Polonika nr 198/199, lipiec/sierpień 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…