Sam na sam z Jugendamtem

Wojciech Pomorski, obok zdjęcia jego córek, fot. Mariusz Forecki/TAMTAM
Wojciech Pomorski od lat walczy o możliwość widzenia swoich córek, o możliwość porozumiewania się z nimi w języku polskim. Tragedia zaczęła się dla niego w lipcu 2003 roku, kiedy jego żona wyjechała z córkami z Hamburga do Wiednia. -To jest po prostu szokujące, by rodzic mający prawa rodzicielskie w praktyce nie miał ich w ogóle - stwierdza Wojciech Pomorski.

Opisywaliśmy już wcześniej Pana historię na łamach „Poloniki". Proszę powiedzieć, jak obecnie wygląda Pana sytuacja?
- Aktualnie prowadzę kilka procesów w Austrii, Niemczech i w Strasburgu. Procesy, które są dla mnie - jako ojca - o szczególnym znaczeniu, to procesy w Wiedniu: o jakikolwiek mój kontakt z uprowadzonymi w 2004 r. do Wiednia córeczkami, Iwonką-Polonią i Justyną Marią oraz z ich ukochanymi polskimi dziadkami; o obronę moich praw rodzicielskich, które próbuje mi się wciąż odebrać; o poznanie adresu moich dzieci, którego nie znam od 2007 r., a którego podania odmawia mi wiedeński Jugendamt i sąd oraz o umożliwienie im nauki naszego języka i kultury – choćby 2 godziny tygodniowo.
Prowadzone są również dwa procesy sądowe w Niemczech: przeciw Jugendamtowi o zgermanizowanie moich dzieci, pomoc w wyobcowaniu ich i utrudnianie mi nawiązania z nimi kontaktu, bezpośrednio po uprowadzeniu Iwonki Polonii i Justynki w dniu 9.7.2003 r. z naszego domu rodzinnego w Hamburgu. Doprowadziło to do całkowitego wykreślenia ojca z ich życia i zniszczenia emocjonalnej więzi, jaka między nami była.

Nie zaakceptował Pan do dziś nakazu posługiwania się językiem niemieckim w kontaktach z dziećmi?
- Najgłośniejszą i najbardziej zaciekłą batalię toczę od 2005 r. przeciw niemieckiemu Jugendamtowi, podlegającemu Urzędowi Dzielnicowemu Hamburg Bergedorf. Chodzi w niej o zakaz używania języka polskiego w kontaktach z moimi córkami.
Jugendamt w listopadzie 2003 r. odwołał wywalczone i wyznaczone mi przez sąd spotkania z dziećmi tylko dlatego, że nie zgodziłem się na absolutne wykluczenie języka polskiego w rozmowach z nimi, podczas mających odbyć się dwa dni później spotkań.
Odmówiono mi podania tej decyzji na piśmie, córek nadal nie widziałem od ich porwania, czyli od 9.7.2003 r. W lutym 2004 r. otrzymałem na piśmie zakaz używania języka polskiego w kontaktach z dziećmi, co umożliwiło mi udowodnienie tego, co wszystkim zdawało się niemożliwe – czyli dyskryminacji ze względu na pochodzenie i język oraz złamanie podstawowych praw człowieka. Sprawa zatacza coraz szersze kręgi w polityce i mediach. Okazało się, że zakazy takie wydaje się w Niemczech i Austrii wielu rodzicom.
Ja się nie mogłem na to zgodzić, gdyż językiem, którego używałem w domu z córeczkami był język polski.
Naturalnie córeczki znały też język niemiecki. Z wykształcenia jestem nauczycielem języka niemieckiego – magistrem filologii germańskiej o specjalności nauczycielskiej. Jednak ja komunikowałem się z córkami, które posiadają niezmiennie polskie obywatelstwo, wyłącznie w języku polskim. Pielęgnowanie własnej kultury oraz jej głównego nośnika – języka – jest przejawem patriotyzmu i miłości do swojego kraju, jest przejawem zdrowego sposobu myślenia i zdrowych zasad. To zwykły skandal, że jeszcze w dzisiejszych czasach za państwowe pieniądze i przy aprobacie władz tych krajów istnieją takie praktyki. Można jasno i z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to germanizacja. Efekt jest przecież ten sam – wynarodowienie dzieci emigrantów ze swojego języka i kultury innej niż wyłącznie ta „jedyna właściwa" – niemiecko-austriacka.
Austria wydała w lipcu 2005 r. zakaz używania przeze mnie podczas kontaktów z dziećmi języka polskiego, sankcjonując ustny zakaz wydany w 2003 r. w Niemczech. Efekt: córki zobaczyłem dopiero po dwóch latach braku jakiegokolwiek kontaktu na pięć i pół godziny. Justyna i Iwona-Polonia były już całkowicie zgermanizowane i nie znały już żadnych słów w języku polskim . Justyna pamiętała jedynie, że „Brot" to chlebek i że mnie nazywała kiedyś „Tatusch".
Łącznie widziałem córeczki w trakcie siedmiu i pół lat tylko szesnaście godzin i to w sporych odstępach czasowych, co 2 i co 4 lata, i ani sekundy nie byliśmy bez osób trzecich oraz nie mieliśmy możliwości jakiejkolwiek swobodnej rozmowy.
Gdy chciałem dokonać wglądu do akt Jugendamtu, odmówiono mi tego. Musiałem to wyprocesować. Proces trwał 2 lata. To, co tam przeczytałem, zaszokowało mnie. W korespondencji wewnętrznej Jugendamt pisał m.in., że „jeżeli zezwolimy Pomorskiemu rozmawiać z jego córkami po polsku i takie niekonsekwentne postępowanie Jugendamtu się rozejdzie, wtedy będziemy musieli zgodzić się na spotkania we wszystkich językach narodowych".
Jugendamt nadzoruje rozmowy i w „przypadkach" dwunarodowościowych małżeństw zezwala na używanie wyłącznie języka niemieckiego. Na rodziców, którzy się tym metodom przeciwstawiają, wywiera się presję oraz szantażuje się ich tym, że - w przypadku dalszego „oporu" - kolejne spotkania z ich dziećmi zostaną odwołane, co jest skwapliwie wprowadzane w czyn. Spotkania zostają wtedy całkowicie zamrożone, a gdy rodzic chce je sądownie wyegzekwować, twierdzi się, że jest „nacjonalistą" lub że jest „konfliktowy", bo „prowadzi postępowania sądowe przeciw Jugendamtowi". Skwapliwie wykorzystują to sądy w dalszym postępowaniu i zabraniają jakichkolwiek kontaktów, co prowadzi do całkowitego wynarodowienia dzieci z kultury i języka dyskryminowanego rodzica.

„Polskie Stowarzyszenie Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech ", którego jest Pan prezesem, działa już ponad trzy lata. Jak wiele osób zgłosiło w ciągu tych lat do Stowarzyszenia? Jak wielu udało się pomóc?
- Najpierw byłem sam, na skraju załamania po nagłej stracie wszystkiego, co kochałem. Po otrząśnięciu się ze stanu pierwszego szoku zacząłem nierówną walkę z całym antyrodzinnym i skrajnie stronniczym systemem – głównie z Jugendamtem, który izolował mnie od córek, pomawiał, oczerniał oraz dopuścił się skrajnej dyskryminacji. Nie mogłem uwierzyć, że to, czego doświadczam, dzieje się naprawdę. Nie mieściło mi się to w głowie, że takie rzeczy mogą zdarzyć się w cywilizowanych krajach, za jakie uważałem dotychczas Niemcy i Austrię, bo gdybym wiedział, że tak się tu traktuje gości – nigdy bym tu nie osiadł. Stowarzyszenie zaczęło powstawać spontanicznie, gdyż ludzie z podobnymi problemami, bądź zwyczajnie solidaryzujący się z moją walką o godność Polaków, zaczęli zgłaszać się do mnie po interwencji mediów i rozgłosie, który został nadany sprawie. Stowarzyszenie najpierw działało nieformalnie i bez żadnej rejestracji. Właśnie wtedy w Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego złożyłem petycję nr 38/2006 dotyczącą dyskryminacji ze względu na pochodzenie i język. Wywołałem tym lawinę podobnych petycji oraz burzę w Parlamencie Europejskim, przecierając szlak ludziom, którzy także mieli problemy z Jugendamtem, szlak, o którym prawie nikt nie wiedział. Wtedy zadecydowaliśmy o nazwie, statucie, wybraliśmy zarząd, sporządziliśmy stosowne dokumenty do sądu i Stowarzyszenie zostało zarejestrowane, uzyskując status podmiotu prawnego.
Codziennie zgłaszają się do nas Polacy i ludzie innych narodowości ze swoimi problemami, którym staramy się pomagać tak, jak to jest możliwe. Cieszy też fakt, że o członkostwo w naszym Stowarzyszeniu ubiega się wiele osób o różnym pochodzeniu. Mamy członków z siedmiu krajów, w tym większość stanowią Polacy, ale są też obywatele USA, Niemiec, Francji, Tunezji, Rosji itd. Współpracujemy z wieloma osobami oraz instytucjami z innych krajów, szczególnie z organizacjami austriackimi, niemieckimi, belgijskimi, greckimi oraz ze Stowarzyszeniem ojcowie.pl w Polsce.
Niezliczona liiczba zgłoszeń nadchodzących od lat, praktycznie co dnia, uniemożliwia dokładne śledzenie i katalogowanie osób. które się do nas zgłaszają. Wiele osób, którym pomogliśmy lub pomagamy, pragnie też zachować anonimowość. Gdzie jest potrzeba pomocy czy interwencji – tam jej udzielamy. Często nie znamy się nawet z widzenia – większość spraw załatwiamy za pomocą poradnictwa telefonicznego, czy internetowego i kierujemy ludzi do osób lub instytucji sprawdzonych przez nas wcześniej. Tam uzyskują oni natychmiastową pomoc. Nieraz zgłaszają się do nas matki lub ojcowie, którym odebrano dzieci w skandaliczny sposób i którzy są na krawędzi wyczerpania nerwowego. W wielu przypadkach udało się nam spełnić ich aktualne marzenia o jakimkolwiek kontakcie z ich dziećmi, przetrzymywanymi z dala od nich lub uprowadzonymi przy pomocy Jugendamtu. Nieraz po poradach, które udzielamy skrzywdzonym przez Jugendamty polskim matkom, po prostu zostawiają wszystko, biorą swoje dziecko i...wracają do Polski. Są to z reguły małżeństwa mieszane, Polka i Niemiec lub Polka i Austriak. Wtedy zawsze Jugendamt zachowuje się stronniczo i szykanuje polską matkę lub ojca. To jest właściwie reguła.

Walkę z Jugendamtem prowadzą nie tylko członkowie rodzin mieszanych czy emigrantów. Wielu austriackich i niemieckich rodziców również ma złe doświadczenia z tym urzędem. Czy również takie osoby zgłaszają się o pomoc do Pana stowarzyszenia?
- Oczywiście, że tak. Są bardzo aktywni i strasznie zrozpaczeni, że nie uzyskują pomocy we własnych krajach. Zazdroszczą nam w pewien sposób jeszcze w miarę zdrowego społeczeństwa, ostrzegają przed błędami, które mogą doprowadzić do jego rozkładu i degeneracji, tak jak dzieje się to w Austrii i w Niemczech. Widzą często to, co my przestaliśmy widzieć i doceniać, koncentrując się przesadnie na dobrach wyłącznie materialnych, bezkrytycznie przyjmując wszystko tylko dlatego, że jest z tzw. „Zachodu".
Jest w naszym Stowarzyszeniu na przykład Austriak, który chce rozmawiać ze swoim zabranym mu synkiem w języku polskim, a Jugendamt mu tego zabrania. Miał żonę Polkę, która potraktowała go jako „przepustkę" do Austrii i po krótkim czasie, gdy kupił dla niej mieszkanie w Wiedniu, odeszła od niego i stała się tak „austriacka", że dziecka nie uczy języka polskiego. Oczywiście dostała wsparcie Jugendamtu i ojciec latami nie widzi dziecka w normalnych warunkach lecz, jak to w zwyczaju w Austrii i w Niemczech, wyłącznie w dużych odstępach czasowych i pod nadzorem obcych osób.
Niedawno kilku z naszych sympatyków w Wiednia zostało przesłuchanych, gdyż dość skutecznie nagłaśniali patologie mające miejsce w Jugendamtach i systemie prawnym Austrii. Postanowili stawić zdecydowany opór zakłamaniu i systemowi promującemu rozkład małżeństw oraz więzi rodzinnych. Niektórzy chcieli prosić o azyl w Polsce, lecz ich od tej myśli odwiodłem, bo przy członkostwie w UE zostaliby deportowani. Są strasznie zrozpaczeni i zdeterminowani, ale i świetnie zorganizowani. To ich krzyk rozpaczy. Krzyk ich serc rozrywanych tęsknotą za zabieranymi im dziećmi. Jeszcze niedawno nie pomyśleliby, że taki los może stać się ich udziałem w ich własnym kraju. Nie znali jednak i nie docenili „możliwości" tzw. państwa w państwie, czyli Jugendamtu.

Co poradziłby Pan rodzicom, którzy weszli w konflikt z Jugendamtem, czy też boją się, że taki konflikt może powstać?
- Nie ma na to pytanie jednoznacznej i prostej odpowiedzi. Najlepiej byłoby porozumieć się z partnerem bez instytucji trzecich bądź skorzystać z pomocy niezależnego mediatora.
Trzeba liczyć się z faktem, że gdy w sprawy rodziny wkracza Jugendamt, mogą zaistnieć wszelkie możliwe warianty zmasowanych działań całości jego aparatu. Jednym słowem może zdarzyć się wszystko. Na pierwszy sygnał, telefon lub pismo z Jugendamtu trzeba reagować błyskawicznie. Jak? Różnie. Najlepiej byłoby, gdyby ludzie wiedzieli o naszym Stowarzyszeniu i zgłaszali się natychmiast i to przed lub zaraz po wkroczeniu Jugendamtu w ich sferę prywatną. Wtedy, w zależności od sytuacji, którą staramy się wnikliwie analizować, można zastosować różnego rodzaju środki zaradcze, by zapobiec nieodwracalnym szkodom w psychice dzieci, rodziców jak i dalszemu rozkładowi więzi rodzinnych. Posiadamy szerokie doświadczenie w wyżej poruszonej tematyce. Współpracujemy z dobrymi i wysoko wykwalifikowanymi biegłymi, psychologami, adwokatami, instytucjami i organizacjami. Jesteśmy w ciągłym kontakcie z politykami rozumiejącymi potrzebę pomocy, nam Polakom żyjącym tu na emigracji, a więc możemy oferować pomoc w szerokim zakresie. Na ile pozwalają nam na to nasze fundusze, wspomagamy także finansowo zgłaszające się do nas osoby. Nasza pomoc zależy także od rodzaju problemu, postawy, chęci współpracy i nastawienia zgłaszających się do nas osób.

Nie godzimy się, by w centrum zjednoczonej Europy dalej rozwijał się rak gwałcenia podstawowych praw człowieka, ich godności, rozbijania rodzin i by każdego dnia płynęły nadaremnie łzy dzieci i ich rodzin. Oba te niemieckojęzyczne państwa mówią o cierpieniach „trzeciego świata", o gwałceniu praw człowieka w Chinach, Guantanamo czy na Kubie, zręcznie odwracając uwagę opinii publicznej od tego, co dzieje się w ich własnych krajach i tworzą iluzję „oazy dobrobytu, demokracji i respektowania praw człowieka". Co tu się dzieje? Tak dalej być nie może.

Rozmawiała Anna Gołębiowska

Polonika nr 189, październik 2010

Kontakt ze Stowarzyszeniem:
Polskie Stowarzyszenie Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech t.z.
Ernst-Mittelbach-Ring 3
22455 Hamburg
Germany
Tel: +4940-53206306
Mobil (Poland): +48/694384788
Mobil (Germany): +491737169797
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www.dyskryminacja.de
www.problemamt.de
 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…