I żyli długo i szczęśliwie....

Wszyscy chyba pamiętamy nasze dziecięce wzruszenie po usłyszeniu tego ostatniego zdania bajki. A ktokolwiek z nas zawierał związek małżeński, ten zakładał, że taka przepowiednia sprawdzi się i w jego życiu.

Dziewczynki często wyobrażają sobie ten dzień nazywany często „najpiękniejszym w życiu”, widząc siebie w powłóczystej strojnej sukni, oczywiście bielusieńkiej jak płatki kwitnącej wiśni. W dziewczęcych rojeniach jawi im się przystojny oblubieniec o rozkochanym spojrzeniu, kaskady kwiatów, wielopiętrowy tort i goście, tłum dostojnych, odświętnie ubranych weselników. Cynikami nazywamy tych, którzy mówią, że ślub jest końcem bajki, bo potem zaczyna się proza życia. Chcemy wierzyć, że nam się uda. Że po bajkowym ślubie i hucznym weselu będziemy żyli długo i szczęśliwie.

Wielkie wesele, nawet na kredyt
Nasze dziecięce marzenia nie zawsze się spełniają. Niektórzy z nas, gdy już dorosną, wcale wielkiej pompy nie chcą i wybierają skromną uroczystość w wąskim gronie najbliższych. Nie brakuje na forach internetowych trzeźwych głosów: Jeśli będę brała ślub, to tylko cywilny, gdyby się udało to w ślicznym pałacu, w skromnej sukience, a po wszystkim obiad dla najbliższych. I nie muszę wyglądać w tym dniu jak księżniczka, wystarczy, że będę szczęśliwa razem z NIM. Albo: Biała sukienka do ziemi, najczęściej przypominająca bezę – nigdy! Wesele – wiejski zwyczaj z hektolitrami wódki – nigdy! Przyczyny, dla których wolimy kameralne zaślubiny, to nie tylko niechęć do trudnej do ogarnięcia imprezy. Wielu z nas myśli racjonalnie: My zamiast pompy mieliśmy dodatkową kasę na budowę domu. Coś za coś. Ślub i weselisko by przeminęło, a tak będziemy mieli własny kąt. Zdecydowana większość życzy sobie jednak wielkiej fety, o której biesiadnicy pamiętaliby przez lata, na urządzenie której nie szczędzi się ani trudu, ani środków: kredyty brane na wesele nie należą do rzadkości.

Rodzina na miejscu i taniej wypada
Gdy zapytałam panią Monikę Maxę, która prowadzi agencję ślubną w Dolnej Austrii, jakie są oczekiwania naszych rodaków i rodaczek, usłyszałam w odpowiedzi: Ja właściwie polskich klientów nie mam. Polacy, nawet jeśli mieszkają na stałe w Austrii, nawet jak zawierają małżeństwa mieszane, to tu biorą tylko ślub cywilny, a kościelny wolą w Polsce i tam też urządzają wesela. Bo cała dalsza rodzina na miejscu, no i taniej wypada. Tu mieliby średni standard, a w Polsce można za te pieniądze zrobić wystawną, piękną uroczystość. Ponieważ pani Monika jest Polką z pochodzenia, dostrzega różnice między weselami organizowanymi w Austrii i w Polsce. Szczególnie zwraca uwagę brak mocnych alkoholi na weselnych stołach. Piwo, wino – owszem. Ale wódki, w Polsce przecież często serwowanej z okazji zaślubin całymi skrzynkami, w Austrii się nie pije.

Ważna jest lokalizacja
Typowe austriackie przyjęcie weselne wygląda następująco: bezpośrednio po zawarciu związku małżeńskiego, który zresztą najczęściej ma charakter cywilny, gości częstuje się skromną przekąską i lampką szampana. Wieczorem wybrani goście zapraszani są do lokalu, w którym odbywa się przyjęcie w formie uroczystej kolacji z kelnerem przy stole, na którym królują sznycel wiedeński lub pieczeń w sosie. Częściej jednak wybiera się tańszą opcję szwedzkiego bufetu. Zresztą dla Austriaków jedzenie nie jest takie istotne – dodaje pani Monika. – Najważniejsza jest efektowna lokalizacja i suknia panny młodej. Poszukiwania godnej lokalizacji trzeba zacząć natychmiast po podjęciu decyzji o zaślubinach, bo dobre adresy, takie jak na przykład Seminarhotel Mauerbach, Rieger w Irenental albo Berghotel Tulbinerkogel w Lesie Wiedeńskim, są z reguły obłożone terminami nie mniej niż popularne w Polsce „domy weselne”, w Austrii zresztą zjawisko zupełnie nieznane.

Na sukni się nie oszczędza
Jeszcze ważniejsza od eleganckiego lokalu jest suknia panny młodej: prawie zawsze biała, rzadziej kremowa, długa, obfita. Szczególnie te kobiety, które biorą ślub po raz pierwszy, mają bardzo wystawne kreacje. Suknię rzadko szyje się na miarę, raczej kupuje się ją w sklepie. Wypożyczalnia nie wchodzi w rachubę. Tu cena naprawdę nie gra roli. Raz się zdarzyło, że jedna z moich klientek chciała mniej zapłacić i sprowadzała sobie kreację z Chin. Musiałam potem z nią chodzić do krawcowej do przeróbki. Oszczędza się na wszystkim, tylko nie na sukni i na lokalizacji – opowiada pani Monika i podaje dalsze przykłady: – Wszyscy panowie powinni przecież mieć kwiaty w butonierkach. A tu najczęściej bukiecik wpina się, o ile w ogóle, tylko panu młodemu i świadkowi. Tych pięknych tortów, które się widzi na obrazkach, to w praktyce nikt nie zamawia, bo to kosztuje majątek. Dlatego ludzie chętnie po prostu kupują zwykły tort za 300–400 euro i stawiają na nim figurki nowożeńców. Nawet na druku zaproszeń się oszczędza, bo ludzie często rozsyłają zaproszenia mailem. Gdy nadmieniłam, że jeden z moich znajomych opowiadał mi rozbawiony, że dostał ostatnio zaproszenie na wesele w Tyrolu SMS-em, pani Monika wręcz zmartwiała…

Państwo młodzi coraz mniej młodzi
Wedle austriackich danych statystycznych średni wiek zawierającego po raz pierwszy ślub pana młodego to 32,4 lata (w Karyntii nawet 33,7), a panny młodej – 30 lat (w Karyntii 31,2). Klienci pani Moniki to rzeczywiście nierzadko osoby koło czterdziestki. W tym moja rozmówczyni upatruje przyczyny tego, że wesela austriackie, choć eleganckie i piękne, są sztywne, żeby nie powiedzieć nudne, i to nawet, jak gra dobry DJ (muzyka na żywo zdarza się wyjątkowo). Towarzystwo mało tańczy, raczej siedzi przy stole, rozmawia i je. A na weselu powinno być dużo emocji. Ludzie powinni móc pośmiać się, popłakać i powygłupiać. A śluby austriackie nie są wzruszające. Brak uroczystego nastroju, zwłaszcza w mieście. Wszystko jest jakieś takie powierzchowne. Fajne śluby to są w Polsce! – dodaje z przekonaniem pani Monika, która ostatnio była na weselu przyjaciółki w Sopocie, w położonym tuż przy molo osławionym Grand Hotelu.
Czy faktycznie wiek nowożeńców wpływa decydująco na charakter weselnego przyjęcia? Całkiem możliwe, bo statystyczna polska para młoda jest rzeczywiście od austriackiej młodsza. Niewiele, ale jednak: jeszcze w 1980 roku Polka wychodząc za mąż miała średnio 22 lata, a jej partner 25. Dziś mężczyźni żenią się najczęściej tuż przed trzydziestką, a kobiety stające na ślubnym kobiercu mają średnio 26 lat. Ale chyba nie tylko w wieku nowożeńców leży przyczyna, dla której polskie gody są prawdziwą, radosną zabawą? My po prostu najdosłowniej bierzemy znaczenie słowa „wesele”. Ceremonia – tak. Ale pełna radości!

Prawdziwe polskie wesele
Jak więc wygląda prawdziwe polskie wesele? Po pierwsze jest o wiele huczniejsze: podczas gdy w Austrii przyjęcie dla 50–60 osób uważa się za duże, w Polsce goście weselni liczą – średnio! – 140 osób. Po drugie zdecydowana większość ślubów, a mianowicie 64%, zawierana jest w kościele (na wsi odsetek ślubów kościelnych to prawie 80%), a co do tego opinia społeczna w naszym kraju jest zgodna: „kontrakt” w USC okazałych uroczystości nie wymaga, prawdziwy, czyli kościelny ślub bez weselnej pompy odbyć się nie może. Po trzecie, czwarte i piąte: polskie wesele to prawdziwa zabawa dla wszystkich biesiadników, z muzyką na żywo, no i – co tu będziemy owijać w bawełnę – ze sporą ilością wysokoprocentowego alkoholu.
Alkohol pojawia się już na urządzanych przez sąsiadów i przyjaciół bramkach, które pokonać musi pan młody (niekiedy oboje państwo młodzi), aby wykupić sobie przejazd do kościoła (albo „porwaną” pannę młodą). Pomysłowość urządzania bramek nie zna granic: a to żonkoś in spe napotyka na sfingowany wypadek drogowy, a to musi zagrać krótki meczyk futbolowy, a to musi zająć się gromadką dzieci, a to odpowiedzieć na kilka quizowych pytań… Za każdym jednak razem nie wykupi się bez butelki wódki, której parę skrzynek trzeba mieć w bagażniku auta. Po ślubnej mszy w kościele państwo młodzi udają się na sesję zdjęciową, a orszak gości zdąża prosto do domu weselnego, aby tam, wraz ze wzruszonymi rodzicami dzierżącymi powitalny chleb i sól, czekać na świeżo poślubionych. Potem toast szampanem albo i wódką, obowiązkowe tłuczenie kieliszków, życzenia, wspólne odśpiewanie Sto lat!, okrzyki gości „gorzko, gorzko!”, wreszcie pierwszy publiczny pocałunek młodej pary. No i można zasiadać do suto zastawionych stołów, a potem tańczyć, bawić się do białego rana, a nawet dłużej, bo wesele bez poprawin nazajutrz to żadne wesele.
Na porządnym polskim weselisku nie może zabraknąć muzyki na żywo! Dobra kapela, której wokalista pełni najczęściej również rolę wodzireja, jest na wagę złota jako gwarant udanej zabawy. Taka kapela ma zaklepane terminy na wiele miesięcy naprzód. Podobnie termin w domu weselnym wymaga rezerwacji z wyprzedzeniem długim, niekiedy dwuletnim (!) Stąd też wziął się popularny żart, że jeśli chcesz się żenić, to najpierw rezerwuj dom weselny i orkiestrę, a potem bierz się do szukania narzeczonej.

Weselne zwyczaje
Dobry wodzirej zna dziesiątki gier i zabaw dla biesiadników, potrafi umiejętnie wpleść je w cały przebieg wieczoru, dopasować do wieku i nastroju uczestników: wyścigi panien z monetą trzymaną między kolanami, korowody z balonami podtrzymywanymi przez plecy i piersi tańczących, wykupywanie fantów, zgadywanki mające sprawdzić zgodność charakterów nowożeńców itd. Istotnym punktem zabawy weselnej są oczepiny: niegdyś oznaczało to zdjęcie pannie młodej welonu (lub wianka) i założenie noszonego przez mężatki czepca. Dziś sens tego zwyczaju rozmył się tak dalece, że mawia się o „odczepinach”, jakby chodziło tu o odczepienie się od rodziców. W Austrii nota bene panna młoda rzuca nie welon, lecz bukiet ślubny. Do pierwszego wspólnego tańca młodej pary przywiązuje się tam tak dużą wagę, że z reguły narzeczeni biorą kilka lekcji tańca, żeby się nie zblamować. Na porządku dziennym jest przedślubna nauka układu choreograficznego pod okiem tancmistrza, tak aby ten ważny moment zachwycił zgromadzonych gości.
Z pielęgnowanych w Austrii starych tradycji ostał się jedynie Polterabend, podczas którego przed domem panny młodej znajomi i sąsiedzi tłuką naczynia porcelanowe i szklane, co stanowi symboliczne pożegnanie z dotychczasowym życiem. W Polsce obyczaj taki znany jest jedynie na Śląsku i Kaszubach. Współcześnie Polterabend to dla pana młodego pretekst do spędzenia z przyjaciółmi ostatniego przed ślubem kawalerskiego wieczoru. W czasie samego wesela niekiedy dochodzi do porwania panny młodej, czyli wywiezienia jej przez rozbawionych weselników do pobliskiego lokalu, gdzie pan młody musi ją dopiero znaleźć i wykupić. Zdarzają się też mniej lub bardziej dowcipne psikusy: ktoś opowiadał mi na przykład, że zafundował bratu piekielnie drogi apartament na noc poślubną. Cóż, kiedy jakiś zgrywus wpuścił do tego apartamentu dwa szczury, które natychmiast po zgaszeniu światła zaczęły swoje harce… Państwo młodzi musieli pokryć koszty szczurołapa i dezynfekcji… Na pewno i w naszej ojczyźnie dowcipnisie wpadają na niewybredne żarty, które pozostają wspomnieniem, do którego niechętnie się wraca.
Wesela w Polsce i Austrii łączy za to celebrowanie wspólnej konsumpcji weselnego tortu: każdy musi zjeść choćby kawałek, bo nowożeńcy symbolicznie obdzielają w ten sposób biesiadników swoim słodkim szczęściem. W obu krajach zwraca się przy tym uwagę, czyja ręka, panny młodej czy pana młodego, jest na wierzchu podczas wspólnego krajania tortu: to podobno wróżba, kto przejmie stery w nowym gniazdku.

Biel jest tylko dla dziewicy
Kursy przedmałżeńskie organizowane w Polsce trwają dłużej niż te austriackie i są traktowane z większą powagą. Wynika to z pewnością z faktu, że nasze rodzime społeczeństwo jest o wiele bardziej religijne. Zawarcie ślubu kościelnego dla polskiej pary ma charakter sakralny. W Austrii częściej wiąże się to z chęcią wykorzystania efektownej lokalizacji. Żyjący w tym kraju polski ksiądz Marek opowiedział mi, że zgłosiła się do niego para buddystów z zapytaniem o zgodę na urządzenie zaślubin w kościele w jego parafii. Nie rozumieli jego argumentów, że to profanacja chrześcijańskiego sanktuarium. Dla nich to była tylko piękna sceneria – wspomina ksiądz i dodaje: –A propos scenerii: i w Polsce, i w Austrii jest zwyczaj, że rodzina młodej pary dekoruje kościół kwiatami. Ale proszę sobie wyobrazić, że Austriacy po skończonej ceremonii zabierają tę dekorację kwiatową. Nie mogę tego zrozumieć! Przecież te kwiaty to dar dla Pana Boga, wyraz wdzięczności dla niego, że obdarzył nowożeńców miłością. Zabieranie ich z powrotem jest absurdem. W przypadku polskich par coś takiego się nigdy nie wydarzyło – podkreśla. Zapytany, czy w Austrii, tak jak w Polsce, trzeba prosić księdza o zgodę na białą suknię, jeśli panna młoda jest w ciąży, ksiądz Marek wzdycha: Tu nikt nie pyta. Ale gdyby zapytała, nie dostałaby pozwolenia! Biel jest zarezerwowana dla dziewicy. Tak samo welon, który przecież oznacza dziewictwo, a dziś stał się tylko modną ozdobą. To kwestia dobrych manier, przestrzegania tradycji. To tak, jakbym chciał iść w stroju klauna na pogrzeb. Do wszystkich okoliczności jest odpowiedni strój. Oczywiście, że nikogo nie wyrzucę z kościoła, tak jak nie wyrzuca się gościa, który podczas uroczystego przyjęcia nie umie posługiwać się nożem i widelcem.

Sakrament czy zwykła umowa
- Kiedy decydujemy się na zawarcie związku małżeńskiego w kościele, to pamiętajmy o tym, że ślubu nie daje nam kapłan. To państwo młodzi ślubują sobie wzajemnie miłość i wierność, a kapłan jest tylko świadkiem tego aktu – przypomina ksiądz Marek. – Adept na księdza przygotowuje się do życia w zakonie siedem lat. A na związek z drugim człowiekiem, który przecież też ma trwać całe życie, przygotowujemy się pobieżnie na krótkim kursie. Bądźmy świadomi wielkości tego Sakramentu i konsekwencji jego przyjęcia, żebyśmy wiedzieli, czego się podejmujemy.
Podobne przestrogi na przyszłość wyraziła pracownica Urzędu Stanu Cywilnego w Wiedniu, opowiadając anegdotę o pewnym świeżo upieczonym małżonku, który przyszedł w poniedziałek prosząc o anulowanie zawartego w miniony piątek ślubu. Zdumiony, że nie jest to możliwe, powtarzał: A jak coś kupuję, to mam prawo odstąpienia od umowy nawet po czterech tygodniach! Na pytanie, dlaczego chce unieważnić dopiero co zawarty ślub, odpowiedział jednym zdaniem: Panna młoda bardzo zmieniła się przez weekend na niekorzyść.

Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr 255, lipiec/sierpień 2016.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…