NATCAR
BETA CAR

Droga do Wiednia

Fotel był nowy, drogi i wygodny. Taki, jaki być powinien. Miał z prawej strony małą dźwignię, która po uruchomieniu przedłużała go do rozmiarów łoża i pozwalała wygodnie się wyciągnąć.

-To jest moje miejsce na ziemi – pomyślała Mariola i fala szczęścia przepłynęła przez jej nie pierwszej młodości ciało. Może inni ludzie mieli jakieś tam wzniosłe cele, pragnęli ulepszać, pomagać i zbawiać świat, ale ona nie.
Chciała mieć święty spokój...
i nic więcej. Ten fotel, ta cisza, ta cudowna cisza, którą tylko ona może przerwać za pomocą pilota do telewizora, a wtedy on zapełni jej życie kolorowym światem kłopotów innych ludzi. Innych, nie jej. Jakże wspaniale zagłębić się w wygodnym legowisku i pozwolić, aby to pudło dostarczające barwnych obrazków umilało życie.
Jak cudownie być właścicielem, bez współlokatorów pragnących jeść, pić, stawiających mnóstwo idiotycznych pytań typu: gdzie jest moja czysta wyprasowana koszula, dlaczego skarpetki są nie do pary, gdzie są te papiery, czy dopilnowałaś, aby moje rzeczy zostały przyniesione z pralni? A potem gorsze, już nie pytania, a czyny, czyny niosące za sobą konsekwencje, które ona musiała ponosić.
A teraz cisza i ona Mariola jest szefem wszystkiego, nie tylko pilota do telewizora!
I tak mogło być dalej,
mogła nie wychodzić z domu, tylko rozkoszować się tą cudowną wolnością. Wolność, cóż to za wspaniałe słowo! Jego i jej emerytura wystarczą na życie, do tego zostawił jej co nieco w testamencie. Mogłaby cieszyć się swoją wolnością, gdyby...
Gdyby nie zajrzała wczoraj do swej skrzynki pocztowej w Internecie. Szlag by trafił ten cały Internet! Sprawdzała rutynowo. Pełno jak zawsze niepotrzebnych śmieci, parę wiadomości o imprezach, na które i tak nie miała ochoty, i ta jedna wiadomość, która nie dawała jej spokoju. Która zburzyła tak precyzyjnie zbudowaną wokół siebie strefę ochronną. Nic się przez nią nie przebijało. Nic. Bo na to nie pozwalała. Jednak ten jeden e-mail zburzył wszystko. Nie mogła się skupić na niczym. Był w jej głowie i zajmował tam całą przestrzeń.
-Ty kretynko, przekonywała siebie sugestywnie, przecież miało być tak miło. Święty spokój, ty i nic więcej, zapomnij, zapomnij, zapomnij.
Ale to wracało, wracało jak bumerang: słowo kiedyś.
Wieś, w której przyszła na świat
była podkrakowska geograficznie, ale jak z Konopielki Redlińskiego – praktycznie.
Ciemnota i zacofanie. Urodziła się jako szóste dziecko Kowalów. Po pięciu chłopakach. I jako ostania. Po niej coś tam matce wycięli i skończyło się z rodzeniem.
Ochrzczono ją Marią i popędzano do roboty jako Maryśkę. Znienawidziła to imię, więc na bierzmowaniu nadała sobie Jolanta, skracając te dwa imiona do Marioli. Mariola – to brzmiało tak miastowo!
W przeciwieństwie do niej, bracia nie przejawiali chęci do nauki. Za to jej oczy aż się śmiały do wiedzy. Lecz matka nie była tym zachwycona. Uważała, że gdy Bóg obdarzył ją jedyną córką, to po to, aby ją odciążyła w pracach domowych. Po co dziewczynie nauka, i tak wyjdzie za mąż. Przeganiała ją od książek do roboty, a w Marioli wszystko wyrywało się do świata. Skończyła podstawówkę jako najlepsza i matka oświadczyła, że na tym definitywnie kończy się jej spotkanie z wiedzą. Wypłakała swą tragedię na wątłym biuście wiejskiej nauczycielki. Czasy były ciężkie, powojenne, brakowało czasami żywności, ale nie młodych zapalonych ZMP-wców, do których należała chuda nauczycielka.
Udała się do rodziców Marioli, cała przepełniona propagandą. Nie chciała słuchać narzekań matki, że córka potrzebna w domu, wytłumaczyła, że władza ludowa daje możliwość kształcenia się dzieciom chłopów i robotników i należy z tego korzystać, bo jak nie... i wtedy zabrał głos ojciec, zwykle małomówny przy gdakającej żonie:
- Maryśka bedzie sie dali ucyć
i koniec z babskim gadaniem - i wyszedł. Matka spuściła głowę i nie powiedziała już słowa. Ale gdy nauczycielka wyszła, zaczęła swą litanię utyskiwań i wymusiła na Marioli przyrzeczenie - do liceum może chodzić, ale swą robotę w obejściu wykonać musi.
I tak przez cztery lata, dzień dla Marioli zaczynał się bladym świtem, najpierw bydełko, potem ona, marsz przez las, autobus, wybawienie - szkoła. Tam był zaspakajany jej głód świata. Z literatury pięknej uczyła się poprawnej mowy, by koledzy z lepszych rodzin nie naśmiewali się z jej dialektu. Po lekcjach była świetlica – zostawała tam do zmroku, by czytać, czytać, czytać.
Rok przed maturą życzliwy proboszcz wyjawił jej tajemnicę rodzinną, którą zatajono jedynie przed nią. O tym świerkały wróble na każdym płocie wioski, ale ich chałupa była oddalona od wsi, ukryta w zagajniku i płotu nie posiadała. Jej piękny, milczący ojciec, był nieślubnym synem dziedzica, o którym plemnikodawca nie chciał nawet słyszeć.
Przeleciał dziewkę na sianie
i tyle. Dla Marioli było to aż tyle. Nagle w ciemnym tunelu dotychczasowego życia błysnęło światło. Gdzieś tam w wielkim świecie żyje jej dziadek, w którego żyłach płynie błękitna krew. A wiec i jej pospolity płyn w układzie krwionośnym otrzymał nieco tej szlachetnej barwy.
Wiadomość ta zmieniła jej sposób myślenia. Teraz jedynym celem stało się odnalezienie dziadka i poznanie krewnych, do których czuła przynależność duchem i ciałem. Od zawsze dusiła się w Kowalowej rodzinie. Widocznie jej bracia odziedziczyli więcej po babce lub matce. Ale nie ona. Tak jak parę kropel tabasco potrafi zmienić smak potrawy, tak u niej trochę krwi Luborzymskich spowodowało jej inność.
Uczyła się świetnie, pięknie rysowała, wychowawczyni namawiała ją na architekturę. Jej także podobał się ten kierunek. Ale teraz gdy wiedziała, że jej dziadek przebywa prawdopodobnie w Wiedniu, bo tak twierdził proboszcz, postanowiła zmienić plany. We wsi mieszkał dawny stangret dziedzica. Poszła do niego i gdy potwierdził: Jaśnie państwo co raz do Widnia jeździli, znać tam rodzina jaka była cy co - to już wiedziała, co zrobi. Pójdzie na germanistykę, aby doprowadzić do perfekcji język niemiecki, którego już zaczęła się uczyć dzień i noc.
Na temat dziadka próbowała rozmowy z matką. Lecz ta nie była do niej skora. -Co ci ta gadajo, ty nie dawoj ucha, łociec nie kcą o tym gadać to nie gadoj i tyli.
Próbowała rozmowy z ojcem. Też na nic.
- Nie kcioł mie, to i ja go nie kce.
- Ale tato, opowiedz mi coś!
- Dyć godom, nie kcioł mie, to kajże to mój łociec?
Patrzył na nią smutnymi pięknymi oczyma, które widziała także, gdy patrzyła w lustro. A potem odwrócił się i odszedł cichy i dumny jak zwykle.
I wtedy postanowiła,
że gdy nauczy się świetnie mówić po niemiecku, pojedzie do Wiednia, odnajdzie dziadka, postara się, aby ją polubił i poznał, jaka jest mądra i piękna i wtedy mu powie, że jest jego wnuczką, a on i cała rodzina otworzą przed nią ramiona i będzie już tylko należała do nich i otrzyma należne jej nazwisko Luborzymskich.
- Ależ to są mrzonki godne Maryśki od Kowalów, a nie Marioli Kowal, najlepszej studentki na roku i najmilszej w Krakowie, jak cię okrzyknęli na Juvenaliach – mówił Marek, jej chłopak, gdy mu opowiadała, co zrobi. A gdy chciała zmienić temat, drążył dalej:
- I co potem zrobisz, gdy cię tak przygarną do serca?
- Ty nic nie rozumiesz!
- To mi wytłumacz, po co ci ta rodzina? Jesteś wspaniała taka, jaka jesteś, nie potrzebujesz się podpierać przodkami!
Na to pytanie: co dalej, nie potrafiła odpowiedzić. O tym nie myślała i nie chciała myśleć. Jej celem było znaleźć dziadka i nie było takiej siły, która potrafiłaby ją od tego odwieść.
Marek, jej największa miłość,
szalona, wspaniała, jedyna. Poznali się już na pierwszym roku w Żaczku. Mariola dostała akademik i stypendium, jednak pieniędzy było mało, bo pomocy z domu żadnej. Matka była oburzona, że w ogóle zachciewa się jej uczyć dalej i do tego swabskiego, po co to kumu? Ojciec, jak zawsze, nie powiedział słowa, a Mariola kończyła niebawem 18 lat, czuła się dorosła i wyrosła z tego grajdołu, z którego pochodziła, tak jak się wyrasta z za ciasnej sukienki. Zresztą o swym pochodzeniu nie mówiła nigdy.
By dorobić, pracowała w międzynarodowym hotelu studenckim w recepcji. I tam się poznali. Marek studiował jej wymarzoną architekturę. To była miłość od pierwszego wejrzenia. W pobliżu czyhający Amor przestrzelił ich wespół w zespół i tak już zostali. Konsumowali tę miłość w maleńkim pokoiku, który Marek posiadał przy rodzicach. Miłość ta miała trwać do końca życia, bo tak była silna i wspaniała.
Marek intuicyjnie obawiał się jej obsesji na punkcie dziadka i miał niestety rację. Gdy Mariola była na trzecim roku, gościnnie na wykłady przyjechał profesor z Wiednia. To był dla niej znak. Uprosiła w dziekanacie, by pozwolono jej zająć się osobiście profesorem. I tak się stało.
Austriak zażyczył sobie...
hotelu z duszą, dostał więc pokój w Hotelu Francuskim przy Plantach, razem z dziewczyną do łóżka. Profesor był dobrze po pięćdziesiątce, wysokiego wzrostu i to by było na tyle, co można by dobrego na temat jego osoby powiedzieć. Jednak pochodził z Wiednia, a ta wiadomość dla Marioli była bezcenna. Przez cały jego pobyt (oczywiście bez wiedzy Marka) robiła wszystko, aby nie mógł o niej zapomnieć. I to się jej udało. Harald Neubauer, bo takie nosił nazwisko, przysłał jej zaproszenie na trzy miesiące wakacji. Miała u niego pracować jako pomoc domowa.
Gdy trzymała w rękach paszport, szalała z radości. Wreszcie pozna swą rodzinę!
Marek w żadnej mierze nie podzielał jej entuzjazmu.
- Tyś chyba zwariowała, cieszysz się, że jedziesz do jakiegoś wapna gacie prać, tyłek podcierać czy co tam jeszcze. Jesteś najlepsza na roku, masz szansę na karierę naukową, a ty chcesz staruchowi dogadzać i jeszcze się cieszysz? Nie będziemy się widzieć tyle czasu, ja umrę z tęsknoty za tobą!
- To możesz mnie odwiedzić, przyślę ci zaproszenie.
Ponieważ Marek wiedział, że nie ma szans wygrać z kowalowym uporem, został, licząc na zaproszenie i możliwość spędzenia uroczych dni w Wiedniu z ukochaną.
Profesor mieszkał wraz z żoną
Hildą (byli bezdzietni) w pięknym domu w 18 dzielnicy na Pötzleinsdorferstrasse, gdzie vis a vis rozciągał się przepiękny park.
Pani profesorowa bardzo poważnie potraktowała obecność pomocy domowej i dała jej ostro do wiwatu. Mariola zasuwała ze ścierą cały dzień, a profesorowa, sprawdzając na każdym kroku wyniki jej poczynań, chwaliła się sąsiadkom, że jej sprzątaczka kończy studia.
Gdzieś tak w drugiej dekadzie pobytu profesorowej udało się przyłapać parę in flagranti i zaczęła się polka. Rzeczy Marioli zmieniły swe miejsce, wyleciały przez okno, a Mariola wprawdzie przez drzwi, więc została pozbawiona dachu nad głową. Profesor stanął na wysokości zadania i opłacił jej hotel.Teraz miała więcej czasu, aby poświęcięć się poszukiwaniom, które były mozolne i bezowocne. Za to wizyty profesora coraz częstsze i coraz mniej mile widziane. Zżerała ją tęsknota za ukochanym, lecz niestety nie w jego ramionach koiła swe pragnienia.
W tym czasie pełna zemsty Hilda wysłała detektywa śladami profesora. Ten przekazał jej skrupulatnie ścieżki Harry'ego, które (poza uczelnią, cóż za przypadek) wszystkie prowadziły do Marioli. Po zapoznaniu się z raportem Hilda zaczęła działać. Znalazłszy już upodobanie w wyrzucaniu rzeczy przez okno, tym razem uczyniła to z mężem i jego dobytkiem.
Profesor skwapliwie skorzystał z okazji i przeniósł siebie wraz z ciuchami do hotelu, za który i tak już płacił.
Ta cała sytuacja nie była po myśli Marioli. Zanim się wprowadził, miała zamiar poprosić go o zaproszenie dla jej dobrego znajomego. Liczyła, mieszkając sama w hotelu, na chociaż kilka romantycznych dni z ukochanym. Coż, życie jest okrutne.
Postanowiła wracać,
choć profesor błagał, prosił, obiecywał rozwód i pomoc przy poszukiwaniach dziadka. Nic nie pomogło. Spakowała manatki i w drogę. Mogła sobie pozwolić na taką ekstrawagancję, bo pieniądze za pracę dostała z góry.
Na dworcu czekał wściekły, ale okrutnie stęskniony Marek. Po jednej wspólnie spędzonej nocy wszystko poszło w niepamięć. Miłość zwyciężyła.
Część zarobionych pieniędzy przesłała na wieś do rodziców. Pocztą. Napisała przy tym tylko, że to od niej - dla nich. Za pracę. Nic więcej. Matka przysłała list. W kopercie były dwa słowa: Bóg zapłać.
I był to jedyny kontakt, jaki miała z rodziną od początku studiów.Tak było dobrze. Tak chciała.
Skończyła studia jako najlepsza z propozycją pracy naukowej i stypendium doktoranckiego. Dostała jeszcze jedną propozycję, można rzec, prywatną. Małżeństwa.
Gdy Marek był jeszcze w przedszkolu, rodzice założyli mu książeczkę mieszkaniową. Minęło zaledwie dwadzieścia lat i mieszkanie było gotowe. Przy ul. Kazimierza Wielkiego w tzw. plombie. Miało całe 36 m2, czyli jeden pokój i ślepą kuchnię. Gdy Marek skończył studia, otrzymał w nagrodę od rodziców kluczyki do własnego gniazdka.
Ale był warunek, zamieszkać może z Mariolą tylko po ślubie. Nie to, żeby mieli coś przeciw dziewczynie, można powiedzieć , że wręcz przeciwnie. Śliczna, mądra, wykształcona, kogóż chcieć lepszego dla jedynaka? Ale byli konserwatywni, a w tamtych czasach, wiadomo, sąsiedzi zniszczyliby psychicznie. Konkubinat? Fuj, paskudztwo! Nie ten kraj, nie te czasy.
Tak więc bez udziału duchowego Marioli toczył się wokół niej cyrk przygotowań. Była przerażona. Rodzice Marka chcieli koniecznie spotkania z Kowalami, na co ona nie mogła pozwolić w żadnym wypadku. Jej wieś rodzinna była oddalona o jedną godzinę jazdy autobusem od Krakowa, a jej rodzina o lata świetlne od niej.
Wstydziła się podwójnie:
wstydziła się swych rodziców i wstydziła się tego, że się wstydzi. Kręciła, więc jak kogel-mogel, że to, że tamto, piętrząc trudności nie do pokonania. Wreszcie nie było wyjścia, wzięła od rodziców Marka pisemne zaproszenia dla Kowalów z zapewnieniem, że przekaże osobiście. Przecież nie mogła pozwolić, by jej nieokrzesani rodzice spotkali się z przyszłymi miastowymi teściami. Wprawdzie Wanda, matka Marka, była zwykłą biurwą, ale po maturze, a ojciec hydraulikiem po technikum, no tak, ale jej rodzice byli nikim.
Wanda postanowiła pojechać z przyszłą synową do Warszawy po suknię ślubną. Tego wszystkiego było Marioli za wiele.
Na scenie pojawił się Harry,
w tym teatrze przygotowań, gdy szukała drogi ucieczki. Jak wybawienie z opresji, podtykał jej pod oczy papiery rozwodowe i wciskał na palec pierścionek z brylantem, błyszczącym jak latarnia morska. Do tego przedstawiał jej przyszłe życie jako sen: kupił piękne mieszkanie w centrum Wiednia, zapłacił prywatnego detektywa, który znalazł rodzinę wiedeńską dziadka i wie o nim dużo, ale zdradzi to wszystko, gdy wrócą do Austrii jako małżeństwo. Załatwił już w Ambasadzie Austriackiej w Warszawie ich ślub. Z jej strony potrzebna tylko metryka i papierek z urzędu, że jest wolna. Pokazał jej lakierowane, bardzo kolorowe okładki, w których kryła się ich podróż poślubna z Warszawy do Nowego Jorku i dalej na Florydę. A tam już czekała na nich wspaniała luksusowa łajba, którą opłyną Wyspy Karaibskie. Profesor kusił ją barwami życia w luksusie i nazwami miejsc, o jakich mogła dotychczas tylko marzyć.
W głowie Marioli powstał mętlik na kształt labiryntu, który miał dwa wyjścia: z jednej strony wielka miłość i mieszkanie z ukochanym Markiem w małej klitce, z problemami finansowymi, a przed tym horror związany ze ślubem, czyli podróż w przeszłość do rodziców na wieś i zamiana nazwiska z Kowala na Glebak, bo tak nazywała się rodzina Marka (czyli cytując przysłowie: zamienił stryjek siekierkę na kijek).
Z drugiej zaś strony: życie, wprawdzie bez miłości z nędznym seksem, ale z dobrobytem, cudownymi podróżami. Nagle wróciło wspomnienie: wyjazd z Markiem po drugim roku studiów do Francji na winobranie. Pracowali ciężko, zarobili niewiele i na koniec, zwiedzając Paryż, musieli wszystkiego sobie odmawiać, by starczyło na bilety do muzeum i czółenka, które tak bardzo pragnęła mieć.
No i wreszcie spełnienie marzeń, Harry umożliwi znalezienie dziadka!
Patrzyła w cudowny brylant, olśniona jego blaskiem i już wiedziała, co wybrać. Podniosła oczy i powiedziała: ja, gut.
Profesor porwał ją w ramiona
i powtarzał: nie pożałujesz tej decyzji, Maleńka, nie pożałujesz.
-Mam nadzieję, mam nadzieję myślała w duchu, a na głos mówiła: Ale daj mi czas do jutra na załatwienie wszystkich spraw.
- Oczywiście kochanie, spotykamy się jutro na dworcu, o 7 rano odchodzi pociąg do Warszawy. Nie potrzebujesz niczego zabierać, tylko dobry humor, o reszcie pomyślę ja.
Pobiegła do urzędu po potrzebny papierek, a potem do domu do Marka.
Przygotowywał właśnie posiłek. Wyciągnęła go z kuchni, całując i pieszcząc.
- Ależ Myszko, nie szalej, mamy całe życie przed sobą! – bronił się przed jej czułością.
Bladym świtem, gdy jeszcze spał, pocałowała go lekko, by się nie obudził, patrzyła na niego chwilę, by zachować jego widok pod powiekami na zawsze i pobiegła na dworzec.
W pociągu udawała, że śpi, by Harry nie przerywał jej świeżych wspomnień rozmową i przeżywała jeszcze raz cudowną noc z ukochanym.
W hotelu w Warszawie
pierwsze kroki skierowała do łazienki i tam, stojąc pod prysznicem, zmywała z siebie swe dawne życie. Wybrała i teraz będzie musiała z tym żyć.
Niestety z wyborami w życiu jest tak, że obojętnie którą drogą pójdziemy, nigdy tak do końca nie będziemy pewni, czy wybraliśmy właściwie. Myślimy ciągle: gdybym..., to by może...
Przy pierwszym niepowodzeniu jesteśmy już pewni, że popełniliśmy błąd, ale przeważnie nie ma już odwrotu.
Pierwszy raz w życiu poszła do fryzjera i do kosmetyczki, gdy wróciła świeża i wypachniona, profesor położył przed nią duże pudło z napisem „Chanel”. W środku był biały kostium w typowym dla tej firmy stylu. Marioli zaparło dech. Kupowała niemieckie gazety w Empiku i czasem widziała zdjęcia gwiazd filmowych w takich ciuchach i zieleniała z zazdrości. A teraz ten objekt marzeń leżał przed nią. Z największym nabożeństwem założyła to cudo na siebie.
Wyglądała tak, że Harry wydał z siebie tylko „O Gott!”
Po ślubie, na którym świadkami było dwoje obcych ludzi, poszli na wspaniałą kolację z szampanem, romantycznie, tylko we dwoje.
Samolot na Florydę z przesiadką w Nowym Jorku odlatywał następnego dnia bladym świtem. Mariola przedłużała kolację, aby jak najpóźniej znaleźli się w hotelu.
Miała w tym swój cel,
ponieważ postanowiła sobie, że jeżeli nie może mieć Marka (z własnego wyboru), to chociaż chce mieć jego dziecko.
W tamtych czasach antykoncepcja opierała się na prezerwatywach, kalendarzykach i modlitwach do Pana Boga, żeby się nic nie stało. Mariola zaskoczyła Marka swym miłosnym szałem, a wiadomo, że mężczyzna nie może myśleć, gdy cała krew odpływa mu z głowy w dolne partie, więc użycie prezerwatywy nie przyszło mu do głowy, a ona miała właśnie te najlepsze dni na konstruowanie nowego człowieka. I na to liczyła. Postanowiła nie dopuszczać do siebie Harry'ego tak długo, aż będzie pewna, iż jest w ciąży. Wtedy będzie wiedzieć, że to dziecko Marka.
W noc poślubną udało się bez problemu. Kolacja trwała do późna, a rano trzeba było wcześnie wstać. Profesor zaś nie był młokosem, a duża ilość alkoholu pomogła, by zasnął jak dziecko. Sytuacja była po jej myśli.
Zaopatrzona w tymczasowy paszport austriacki (w tym czasie po ślubie otrzymywało się natychmiast obywatelstwo) - prawdziwy miała dostać po przyjeździe do Austrii - wyruszyła w nowe życie. Z nowym obywatelstwem. Czy coś się w niej zmieniło? Mentalność? Sposób odbierania świata? Nic z tych rzeczy, nie wyrosły jej rogi ani nie pojawiły pryszcze.
Obywatelstwo zmieniła jak zmienia się płaszcz, powierzchownie. Bo przecież tam w środku na zawsze zostało polskie serce.
Podróż poślubna była jak wejście w świat bajki. Została królową balu i oglądała miejsca o jakich nawet nie śniła, bo nie miała pojęcia, że gdzieś tam jest taki raj na ziemi. Statek to był luksus, Karaiby to Eden, a świeżo poślubiony mąż starał się jej nieba przychylić. Obkupił ją w drogich, wspaniałych butikach pokładowych, a także zgodził się, by podróż poślubna była białym małżeństwem. Mariola wytłumaczyła mu, że tyle czasu poświęcali na seks przed ślubem, że pięknie będzie podróż poślubną spędzić bez. A on zgadzał się na wszystko.
Po powrocie do Wiednia
otrzymała prawdziwy paszport i odtąd oficjalnie stała się Mariolą Neubauer.
Pierwszym jej życzeniem było spotkanie z prywatnym detektywem w celu zapoznania się ze stanem dochodzenia w sprawie dziadka. Mały schludny człowieczek pojawił się w ich pięknym nowym mieszkaniu i przedstawił poznane fakty. Mariola słuchała z wypiekami na twarzy. Dotarł wreszcie do rodziny Luborzymskich w Wiedniu. Nazywali się von Silbenhoff. Obecnie tutaj mieszkała tylko jedna przedstawicielka rodu: Leopoldine von Silbenhoff. Podał numer telefonu. Luborzymskich, jeśli chodzi o Austrię, nie znalazł, ale Madame von Silbenhoff powinna coś na ich temat wiedzieć.
Mariola chciała natychmiast tam dzwonić, jednak Harry odwiódł ją od tego.
- Zadzwonię ja i spróbuję się umówić. Nie wiesz kochanie, jacy są „ci“ ludzie.
„Ci“ miał na myśli arystokrację, która, mimo, że już dawno w Republice Austriackiej zniesiono tytuły, między sobą miała się dobrze i niechętnie dopuszczała ludzi „z zewnątrz“, nawet tych z dużymi dochodami.
Niechętnie ze strony hrabiny, ale mimo wszystko udało się Harry'emu załatwić audiencję u “von Leopoldine“.
Zaproponował, że pójdzie sam, bo wie, jak rozmawiać z „tymi“ ludźmi. Wolał zaoszczędzić Marioli ewentualnej porażki. Ale ona nie chciała nawet słyszeć, że ta rozmowa miałaby się odbyć bez jej udziału.
Frau „von“ mieszkała w pierwszej dzielnicy
w bardzo eleganckim starym domu. Na pokoje wprowadziła ich pokojówka.
- Profesor Neubauer z żoną – przedstawiła ich pięknej, wysokiej, eleganckiej starszej damie.
Harry wiedział od detektywa, że ma ona 68 lat, a wyglądała najwyżej na 50. Długie blond włosy związane miała w finezyjny węzeł. W uszach kolczyki z czarnych pereł. Szara wytworna garsonka opływała jej jeszcze idealną figurę. Siedziała na rzeźbionym krześle, z którego się nie raczyła podnieść, tylko lekko skinęła głową na powitanie. Ręką zaś wskazała im sofę stojącą vis a vis. Między nimi stał stylowy stolik.
- Kawa czy herbata? – spytała głosem zimnym jak Antarktyda.
- Poproszę sok – wyrwała się Mariola.
Leopoldine popatrzyła na nią wzrokiem modliszki i zwróciła się do Harry'ego.
- Profesorze, proszę wyjaśnić młodej osobie, że kulturalni ludzie odpowiadają na zadane pytania.
To Mariolę zabolało, słabym głosem powiedziała:
- Poproszę herbatę.
- Ja też – dodał szybko profesor, za szybko.
Leopoldine zadzwoniła i pojawiła się pokojówka z tacą pełną cudownej porcelany i talerzykiem ciasteczek, które wyglądały jak dzieła sztuki.
Gdy wszyscy trzymali filiżanki w ręce, madame zapytała:
- Mogę zapytać, jaki jest cel państwa wizyty?
- Chciałabym dowiedzieć się od pani o miejscu pobytu Waldemara Luborzymskiego.
Harry popatrzył na Mariolę karcąco, a Gräfin jak na coś nieświeżego i powiedziała:
- Kto pyta?
- Ja – wyrwało się Marioli.
- To nie było treścią mojego pytania – wycedziła przez zęby madame. - Chodziło mi o to – kontynuowała zniesmaczonym głosem, – że godzę się na spotkanie z profesorem, którego znam i znałam jego żonę, a pojawia się tu z jakąś smarkulą bez wychowania i ta śmie mi zadawać pytania dotyczące mojej rodziny. Chyba mam prawo być wzburzona!
Tym razem głos zabrał Harry.
- Szanowna pani hrabino!
- Proszę mi mówić Leopoldine – przerwała madame.
- Pani Leopoldine, zaraz po wejściu pozwoliłem sobie przedstawić pani moją małżonkę, magister języka niemieckiego, Mariolę Neubauer. Wiem, że znała pani moją pierwszą żonę, ale to nie upoważnia do braku szacunku dla drugiej.
Teraz Mariola już nie wytrzymała i powiedziała:
- Szukam Waldemara Luborzymskiego, bo to jest mój dziadek.
Takiej reakcji hrabiny na słowa Marioli nikt z nich się nie spodziewał. Wybuchła perlistym śmiechem. Śmiała się długo i uroczo. Gdy wreszcie się uspokoiła, zjadliwym głosem poinformowała:
- Cóż za nonsens, słuchaj no, Waldi był moim wujkiem, zmarł w Londynie przed dziesięciu laty i doskonale znam jego rodzinę. Miał dwoje dzieci i troje wnuków. Jedna z jego wnuczek studiowała w Wiedniu i mieszkała u mnie, urocza dziewczyna. A o jakiejś Marioli... jak panieńskie nazwisko?
- Kowal – prawie szeptem wymówiła dziewczyna.
- Tak, więc o żadnej Marioli Kowal, czy innym plemniku zagubionym w sianie, że tak się wyrażę kolokwialnie, w naszej rodzinie się nie mówi. Nie mamy zamiaru rozmawiać z przybłędami, którym się zdaje, że przez chwilowe zapomnienie któregoś z naszych krewnych wejdą do rodziny!
W pokoju powiało Mniszkówną, a Mariola poczuła się Trędowatą i w głowie dudniły jej słowa ojca nie kcioł mnie, nie kcioł mnie, nie kcioł. Tylko że ojciec miał na tyle dumy, by wypiąć się na tę rodzinę, a ona za wszelką cenę chciała... i ma za swoje.
Słowa są okrutnym orężem, kopniak zadany psychicznie boli bardziej i dłużej niż ten fizyczny, a czasem zostaje raną na całe życie.
Leopoldine von Silbenhoff podniosła się ze swego tronu na znak, że audiencja skończona.
Tak naprawdę Mariola nigdy nie podniosła się po tej rozmowie.
Coś w niej zgasło
i tak zostało na zawsze. Już nigdy nie była tak naprawdę szczęśliwa. Przecież dla tej mrzonki poświęciła największą miłość - Marka.
Jedyną jej pociechą było dziecko, które przyszło na świat dokładnie dziewięć miesięcy po ślubie i udało jej się sprawić, by była pewna, że to jest syn Marka.
Harry szalał z radości i chciał, aby mały nosił imię po jego dziadku – Walter. Jednak ona uparła się, by synek nazywał się Marko. I tak zostało.
Gdy Mariola poszła do pracy i zarobiła pierwsze pieniądze, posłała je rodzicom wraz ze zdjęciem swojej nowej rodziny. Zdążyła jeszcze przed stanem wojennym w Polsce i cieszyła się, że mogła pomóc, słysząc jak tam jest ciężko. Po pewnym czasie dostała odpowiedź, taką jak kiedyś: „Bóg zapłać” i nic więcej.
Marko, rosnąc, robił się coraz bardziej podobny do biologicznego ojca, ale profesor Marka nie znał, więc kochał to kukułcze jajo jak potrafił najbardziej. Dziecko zresztą odwzajemniało mu się tym samym. Miłość matki była tak mocna, że mały czuł się często nią przytłoczony i wolał towarzystwo ojca.
Dzięki pomocy niani do dziecka Mariola zrobiła doktorat u przyjaciela swego męża, nie chciała u Harry'ego, aby nikt nie posądził ją o protekcję czy nepotyzm.
Gdy Marko poszedł do szkoły, poświęciła się pracy na uczelni. Była zdolna, pracowita i pięła się szybko po drabinie naukowej. W wieku lat pięćdziesięciu kilku mogła już pochwalić się stopniem profesora i tu jej kariera musiała zwolnić, a raczej poprawniej by było powiedzieć, że była zmuszona odwiesić ją na przysłowiowy hak.
Harry, już osiemdziesięcioośmioletni, zmienił się z dnia na dzień. Nikogo nie poznawał, nic nie pamiątał, a potem wszystko wracało do normy. Wyzywał ją on najgorszych, używając słów, o jakie go nie posądzała, że takowe zna, a potem łagodził najmilszymi. Zmarł w wieku 90 lat po dwóch latach koszmaru, jaki jej zafundował na koniec.
Na jego pogrzeb
przyjechał z Londynu Marko i przywiózł ze sobą śliczną dziewczynę. Mówił już matce, że poznał kogoś, że jest zakochany, bo jako grzeczny syn dzwonił do niej bardzo często lub słał e-maile. Ale myślała, że to Angielka, a wiadomo, jaka jest opinia o urodzie panienek z Królestwa.
- Chciałbym ci, mamo, przedstawić moją dziewczynę, a w niedługim czasie narzeczoną.
Dziewczyna miała długie, proste, naturalne blond włosy, duże zielone oczy i uroczy uśmiech.
- Amelie von Silbenhoff – przedstawiła się, wdzięcznie dygając.
Marioli zaparło dech.
- Przepraszam, nie dosłyszałam?
- Mamo, Amelie należy do starej austriackiej arystokracji – pospieszył z tłumaczeniem Marko.
- A znasz może Leopoldine von Silbenhoff?
- Raczej znałam, zmarła jakieś 15 lat temu, to moja daleka Grosstante, ale dlaczego pani pyta, znała ją pani?
- Tak, raz ją spotkałam, ale tego spotkania nie zaliczam do najmilszych!
- Mogę sobie wyobrazić – zaśmiała się perliście ślicznotka – ciotka Leo była ogromnie, można rzec, zasadnicza!
- To w takim razie jesteście w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu spokrewnieni.
- My? – oboje wielkimi zdziwionymi oczyma patrzyli na matkę.
Mariola opowiedziała historię
swojej rodziny i jej koligacji. Teraz, gdy była ogólnie szanowaną panią profesor, wszystkie problemy tożsamościowe z młodości wydawały się śmieszne. Młodzi uznali tę opowieść rodzinną za dobry znak dla ich miłości. Tak, ten dzień był dla Marioli cudowny. Wreszcie była wolna i do tego życie zakpiło z dumnych arystokratów. A jednak mi się udało, ty wstrętna, zarozumiała Leopoldyno!
Mam nadzieję, że widzisz to z góry i zgrzytasz zębami, jeśli je posiadasz!
Potem życie Marioli potoczyło się szybko. Po wspaniałym ślubie zorganizowanym przez rodziców Amelie, młodzi wyjechali do Nowego Jorku, gdzie oboje dostali pracę, a Mariola podjęła się dodatkowo pracy na rzecz Unii Europejskiej. Dzieliła więc swe życie między uniwersytet i swoich studentów, Brukselę i Nowy Jork. Żyła tak intensywnie do sześćdziesiątki, aż pewnego dnia jej organizm powiedział: stop!
Kupiła ten wspaniały fotel
i postanowiła w nim czytać, czytać, czytać i czasami oglądać telewizję, a reszta świata? Gówno ją obchodziła. Po dwóch latach katorgi należał jej się spokój!
Tylko ten e-mail. Napisał po tylu latach. Że znalazł jej adres, że chce ją spotkać, że muszą sobie wiele wyjaśnić. Teraz? Po co?
Bała się. Była z Marko na pogrzebie rodziców. Wprawdzie krótko, z nikim nie rozmawiała, ale widzieli ich wszyscy. A Marko to przecież skóra zdarta z ojca. Ktoś mógł mu powiedzieć. Zwinęła się w fotelu. Nie, nie odpisze mu, nie chce niczego wyjaśniać. Zresztą te argumenty z kiedyś, wtedy takie mocne, dzisiaj wydawały się śmieszne.
Dzwonek do drzwi.
Nie otworzy. Idźcie do diabła!
Gdy dzwonienie nie ustawało, zwlekła się z fotela i otworzyła drzwi.
Za nimi stał on, ten sam, tylko starszy, ten sam, co kiedyś.
I nagle, nagle zaschło w gardle, zawirował świat i znów, znów było kiedyś.

Teresa Małgorzata Wilk, Polonika nr 198/199, lipiec/sierpień 2011

Top
Na podstawie przepisów art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. informujemy, iż Österreichisch-Polnischer Verein für Kulturfreunde „Galizien“, jest administratorem danych osobowych, które przetwarza na zasadach określonych w polityce prywatności. Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług na zasadach określonych w tej polityce. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie w można określić w ustawieniach przeglądarki internetowej z której Pan/Pani korzysta lub konfiguracji usług internetowej. More details…