Syndrom uchodźcy

Mija akurat 25 lat od tamtego wydarzenia, gdy w sierpniu 1989 roku uskrzydliła nas wiadomość, że Tadeusz Mazowiecki zostanie premierem.

Ja i mój mąż byliśmy ciągle posiadaczami niebieskiego dokumentu podróżnego dla uchodźców z państwa komunistycznego.

 

Z mężem i dziećmi mieszkaliśmy w Szwajcarii. Czerwony Krzyż zwrócił się do mnie z prośbą o wzięcie udziału w asystowaniu podczas przesłuchań uchodźców. Sama byłam uchodźcą i teraz miałam reprezentować Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców i Caritas i czuwać nad tym, by procedura postępowania odbywała się zgodnie z literą prawa. Wydawało mi się, że przynajmniej w taki sposób mój dyplom prawniczy przydał się na coś, ponieważ z list polskich korporacji prawniczych dawno mnie już skreślono za ucieczkę za granicę. Pisanie sprawozdań z każdego przesłuchania zajmowało mi mnóstwo czasu. Praca była charytatywna. Nasłuchałam się wielu ciekawych przypadków z wielu krajów. Czułam się potrzebna.

W 1989 roku
mieliśmy już za sobą osiem lat pobytu w Szwajcarii. W sierpniu dotarła do nas wiadomość, że Tadeusz Mazowiecki zostanie premierem. Najpierw nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom. We wrześniu rząd został powołany i zatwierdzony. Byliśmy pewni, że jeśli utrzyma się przez miesiąc, to będzie znaczyło, że wchodzimy w nową erę. Tymczasem byliśmy ciągle posiadaczami niebieskiego dokumentu podróżnego dla uchodźców. Był to dokument tożsamości wydany na podstawie Konwencji Genewskiej, uprawniający do podróżowania po świecie, inaczej mówiąc, dokument bezpaństwowca, osoby, która korzystała z azylu politycznego.
Jak wejść w tę nową erę
gdy nasze paszporty polskie zostały zdeponowane na policji szwajcarskiej? Proste, należy je odebrać. Co będzie z pozwoleniem na pobyt i pracę w Szwajcarii? Wyrzucą nas? Zbyt wiele pytań, by mieć spokojne sumienie i jechać do wyśnionej Polski, po to by pozbyć się dręczącej nostalgii. Korzystając podczas przesłuchań azylantów z obecności szefa policji, udałam się wprost do niego z zapytaniem: co zrobi z naszym pozwoleniem na pobyt i pracę, jeśli poproszę o zwrot polskiego paszportu ze względu na diametralną zmianę układu politycznego w Polsce? Tym samym oddam jakże cenne i ważne prawo azylu politycznego i status uchodźcy. Posępna mina szefa wydziału i jego podniesione brwi świadczyły, iż żądał on wyjaśnień. Powiedziałam prawdę: że mój mąż nie może spać spokojnie ze statusem azylanta, gdy opozycjonista jest premierem, a „Solidarność" przejęła stery rządowe. Nie można znieść takiej nieuczciwości wobec siebie, wobec władz szwajcarskich i nowego rządu polskiego. Chyba wprawiłam szefa policji w niezłe zakłopotanie, gdyż niewiele mówiąc poprosił o czas i obiecał wkrótce dać mi znać, co zrobić z tym „fantem".
Nie czekając na odpowiedź zaczęliśmy pisać podanie, podobnie jak kiedyś podanie o azyl: mąż po niemiecku, ja po francusku, aby potem skleić z tego jedno solidne pismo w którymś z tych języków. Gdy trzy dni później, przy okazji przesłuchania jakiegoś afrykańskiego uchodźcy, byłam znów w gmachu policji, szef sam poprosił mnie do siebie, oświadczając, że nic nie stoi na przeszkodzie złożenia takiej prośby, gdyż nie ma podstaw do wycofania nam nabytego prawa pobytu. Od razu złożyłam przygotowane podanie. Byliśmy pierwsi i jedyni, którzy odważyli się na ten krok tak szybko, prawie natychmiast po powołaniu nowego rządu.
Trzy dni później znów mieliśmy nasze polskie paszporty w rękach. Paszporty, po które ponad 8 lat temu stałam w kolejce całą dobę pod gmachem MO. Teraz trzeba było je przedłużyć, gdyż dawno straciły swoją trwającą rok ważność.
Pojechaliśmy do ambasady polskiej,
której do tej pory unikaliśmy jak ognia. Jak zostaniemy przyjęci? Przecież to byli ciągle ci sami urzędnicy, ten sam ambasador i konsul, których do tej pory nie chcieliśmy znać. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka i jak zareagują. Gdy przy okienku przedłożyliśmy paszporty, to urzędniczka zaniemówiła. Nie miała żadnych instrukcji, jak postąpić z takimi dokumentami. Dwie, trzy godziny czekania, siedzenia jak na rozżarzonych węglach: oddadzą czy nie oddadzą, przedłużą czy nie przedłużą? Uwielbiam robić zakłady, ale tym razem zabrakło mi odwagi.
Mając już nasze paszporty w ręce, natychmiast opętała mnie myśl, by uwolnić się od tych cholernych, koszmarnych snów. Co nas tam czeka? Jeśli wrócimy, to czy nas zatrzymają? Jechać, nie jechać? Jaki powrót wydaje się straszliwszy: ten tam czy ten tu? Czy to w ogóle można nazwać powrotem? Nie, to podróż na urlop, podróż do zostawionej bez pożegnania młodości, do rozrzuconych wspomnień niczym papierów na biurku. Przecież wtedy wyjechaliśmy tylko na wakacje, a i teraz wyjedziemy tylko na tydzień urlopu. Jak spojrzeć w oczy przyjaciołom? Jak pozbyć się poczucia winy za to, że my siedzieliśmy sobie w cudownych Alpach szwajcarskich, zamiast wraz z rodziną i przyjaciółmi znosić uciążliwości stanu wojennego, a z kolegami dzielić niedolę internowania? Czy nam wybaczą, że nie wracając, prosząc o azyl w Szwajcarii, naraziliśmy ich na dodatkowe nieprzyjemności? Czy będą mieli pretensje, że im odmówiono paszportów z naszego powodu? A może w ogóle ta cała zmiana jest tylko chwilowa, rząd upadnie i znów za nami spadnie „żelazna kurtyna"? Tylko po której stronie akurat będę? Ryzykować? Może poczekać trochę, chociaż z pół roku? Nie, nie, musimy pojechać tam jak najszybciej. Skoro Mur Berliński padł bezkrwawo, to nie ma się czego obawiać. Jedziemy
Jedziemy do nas,
do domu. W Barbórkę dokonałam rezerwacji do Warszawy przez Wiedeń, odlot po świętach Bożego Narodzenia. Wreszcie po 8 latach i 4 miesiącach chcieliśmy wrócić choć na chwilę na swoje śmieci, we własne kąty, dotknąć tego, co wydawało się utracone, spotkać osoby, za którymi tęskniło się tak bardzo.
Przelot nad Tatrami, a ja czuję szybszy puls. Podano coś do picia i jedzenia, ale nie bardzo przechodziło mi przez gardło. Pasek w sukience uwierał w żołądek. Miałam wilgotne ręce, co nigdy mi się nie zdarzało, i kurczowo trzymałam poręcz fotela. Lądowanie, brawa. Na płycie lotniska śmieci, śniegu nie było i nieskoszona trawa wyglądała jakoś niechlujnie. Samochody wojskowe krążyły wokół samolotu. Już przy wejściu do hali przylotów zaskoczył mnie widok uzbrojonych po zęby żołnierzy z ręką na karabinie. Miałam wrażenie, że nadal jest stan wojenny, że to wszystko to znów koszmarny sen uciekiniera.
Czekaliśmy w kolejce
kontroli paszportów. Kłuły w oczy obdrapane ściany, obtłuczone bramki i brudna posadzka hali. Mąż wypchnął mnie pierwszą, sam ustawiając się na końcu kolejki. Głupio uczepił się myśli obraz ze snu, że mnie zatrzymali, a on zdążył się cofnąć i pobiec do austriackiego samolotu. Strach ma jednak wielkie oczy. Wykrztusiłam „dzień dobry” podając paszport żołnierzowi za szybą. Podniósł głowę i lodowato spojrzał mi w oczy, jakbym powiedziała coś niezrozumiałego albo w obcym języku. Wziął w ręce mój paszport i starannie go przekartkował. – Kiedy pani wyjechała? – zapytał. Pode mną ugięły się nogi, a jego twarz miała ciągle kamienny wyraz. Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdy zapytał ponownie: – A córka też przyleciała z panią? Na fotografii paszportowej byłyśmy obie. Po starannej kontroli każdej strony granatowej książeczki i konfrontacji z jego czarną księgą, przybił pieczątkę i powiedział z grobową miną: – Następny! Uf, pomyślałam. Mężowi także poszło gładko, tylko ręce mu drżały, gdy chował paszport. Dopiero teraz przypomniało nam się, że przecież powinniśmy po powrocie z zagranicy, a tak należało traktować nasz przylot, natychmiast oddać paszporty na milicję. Nie, przecież jest napisane, że to dokument wielokrotny, lepiej nie myśleć, nie martwić się na zapas. Zawsze był termin do siedmiu dni, więc zdążymy.
Tymczasem szok
na widok szarego otoczenia i zapyziałego lotniska sprawił, iż mieliśmy wrażenie, jakbyśmy przylecieli z innej planety. Dobrą chwilę czekaliśmy na bagaże przy jednej, jedynej taśmie na całe lotnisko. To tu ostatni raz rozmawiałam z tatą, odprowadzał nas, żegnaliśmy się jakby tylko na chwilę, a nie na zawsze. Pociąg ekspresowy do Katowic, mimo że był to wagon I klasy, przypominał regionalny pociąg II klasy włoskich kolei. Nieświeżość z każdego kąta wagonu drażniła nos. W Katowicach rodzina powitała nas wzruszająco. Z okien taksówek widzieliśmy kolejki przy stacjach benzynowych. Pierwszej nocy w domu obudziłam się w ciemnym pokoju, blask ulicznej lampy padał na portret babci. Patrzyła teraz na mnie uśmiechnięta, w czarnej sukni i ze srebrnym lisem na ramionach, i z obrazu spytała: Jak się, dziecko, czujesz w domu? Gdzie jest twój dom? Znów się uszczypnęłam. No, właśnie gdzie? Spać, spać, nie zastanawiać się. Następnego dnia wyruszyliśmy na spacer po mieście. Sklepy były pełne ludzi. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Podobno od Nowego Roku miały być nowe ceny, a zatem wszyscy wylegli z domów kupować, co tylko się da, byle w starej cenie.
Rodzina przyjęła nas
gorąco i przy uginających się stołach. Nasze obawy i lęki okazały się bezpodstawne, nikt nie miał do nas ani żalu, ani pretensji. Dziwili się, że jesteśmy tacy szczupli, ba, chudzi! Pytali, jak my jadamy, skoro tu im przybyło kilogramów, a my w kraju czekolady i dobrobytu zachowaliśmy sylwetkę. Poszliśmy do naszego kościoła, w którym przyjęłam wszystkie sakramenty u tego samego księdza. Niestety był już inny proboszcz. Smucił mnie jeszcze jeden fakt: nie potrafiłam udać się na grób taty, który odszedł nagle na zawał serca. Byłam w ciąży, stan wojenny jeszcze oficjalnie trwał i mając status uchodźcy nie mogłam przyjechać na pogrzeb. Nie mogłam odprowadzić ojca i pożegnać go. Nie zaakceptowałam jego odejścia. Nie trafiło to do mnie, że go nie ma. Nie miałam sił, by skonfrontować się z grobowcem i napisem na tablicy. Nie byłam dość silna.
Zafundowaliśmy sobie
taksówkę do Bielska. Tu również ulice brudne, nie zamiatane, nie sprzątane. Gdzie podziali się ci wszyscy sprzątacze ulic? Przecież kiedyś byli widoczni. Teraz nagle okazało się, że nikomu nie opłaca się pracować, za to na ulicach rozkwitł handel. Kupują, sprzedają gdzie popadnie, na ławkach, na gazecie, na betonie. Kupić i sprzedać można wszystko: ser, lornetkę, papier toaletowy, kawior. Słowem: szwarc, kwarc, mydło i powidło. Ludzie chodzą z garściami banknotów i wydają je. Wyglądało to tak jakby wszyscy byli w hipnozie oraz potrafili mówić tylko o pieniądzach. Mojej koleżance wypłacono pół pensji, gdzieś indziej po to, by wypłacić pensję, pożyczono pieniądze ze sklepu. Ludzie mówili o tym, kto komu ile płacił, ile pożyczył, ile będą wynosiły odsetki od kredytów, czy wystarczy na tydzień czy dwa, na ile dni oraz po ile jest dolar. Zrobił się straszny bałagan finansowy, odczuwany przez wszystkich. Przeliczenie dolara na złotówkę czyniło nas bogaczami dnia.
Wieczór sylwestrowy
u przyjaciół. W willi z girlandami w ogrodzie mieliśmy witać nowy rok i nową Polskę. Pan domu w smokingu kroił pieczeń – udziec z dzika i ćwiartował bażanty. Mój mąż w sweterku trzymał półmisek. Bal, jakiego nie oczekiwaliśmy, uczta pełna smakołyków i trunków. Wyniesiono do ogrodu telewizor, tym sposobem wraz z warszawiakami na Placu Zamkowym otworzyliśmy szampana oraz podziwialiśmy wystrzelone sztuczne ognie. Panie narzuciły kożuchy i futra na balowe suknie, a ja moje palto. Cieszyliśmy się jak dzieci, wychylając kieliszki za nową Rzeczpospolitą Polską z orłem w koronie. Za nowe życie w nowej Polsce. Za niewiadomą. Za przyszłość. Szampan szumiał w głowie mimo mrozu.
Pierwszego stycznia ruch na ulicach miasta zamarł i właściwie już się nie ożywił do naszego odjazdu. Taksówkarze płakali, że stoją i nikt nie przychodzi, a inni ludzie mówili, że będą oddawali tablice rejestracyjne. Benzyna zdrożała o 100% i podatek też. A my chcieliśmy nadrobić te sto miesięcy nieobecności.
Składaliśmy wizytę
po wizycie. Wieczorem kłębił się w głowie kalejdoskop twarzy i jakże osobistych opowieści. Zasypiałam zapominając o własnych niepokojach, o lęku o wyjazd, o dzieci. W Katowicach czekał na nas bilet do Warszawy, na taki sam ekspresowy pociąg I klasy, tyle że nie za 15 tysięcy jak tydzień temu, lecz za 55 tysięcy złotych. Nas jednak ta zmiana nie martwiła. W Warszawie mieliśmy całą niedzielę na łażenie po mieście, a wieczór na pójście do teatru Syrena. Wspaniali aktorzy, znakomite kostiumy, a bilety wydały nam się śmiesznie tanie, bo kosztowały tyle co cztery gazety codzienne, a szatnia była za darmo. Wrażeń moc, emocji wiele, spostrzeżeń tysiące, choćby to, że na każdym rogu warszawskiej ulicy znajduje się kantor wymiany walut, ale nie ma gdzie wypić kawy i zrobić siusiu.
Znów „napadły” mnie sny emigranckie. Śniło mi się, że nie pozwalają mi wyjechać z Polski, że nie mogę dodzwonić się do dzieci, że nie mam jak im pomóc i znów być z nimi, że „żelazna kurtyna” spada. Uszczypnęłam się, że to jednak sen. Zmieniłam koszulę nocną na suchą i starałam się zasnąć myśląc o plaży. Ale koszula drapie, a prześcieradło ugniata. Czy wszystko spakowałam? Czy przejdziemy kontrolę? Czy żołnierz odpowie „dzień dobry”? Czy celnik się uśmiechnie? Nikogo nie zdziwi paszport, zdjęcie, pieczątki i daty?
Gonitwa niespokojnych myśli
wróciła. Myślę, że do tego przyczynił się obejrzany w ostatnim dniu w Katowicach film „Przesłuchanie” z Krystyną Jandą. Byłam przekonana, że samolot odlatuje po 15.00, więc z rana pojechaliśmy na Stare Miasto. Nagle olśnienie męża: samolot odlatuje po 13.00. Rany boskie, to zaledwie za półtorej godziny! Na czerwonym świetle wsiedliśmy do taksówki i popędziliśmy po walizki. Na szczęście spakowane. I tą samą taksówką na lotnisko. Nie było czasu na pożegnania. Sama myśl o przegapieniu samolotu sparaliżowała nas. Przecież przyjechaliśmy specjalnie wcześniej do Warszawy. Dzieci czekają. Tydzień przeleciał błyskawicznie. My śmignęliśmy niczym kometa i wracamy znów w inny świat. To w niedzielę samoloty odlatują po 15.00, a był już poniedziałek! Staliśmy w kolejce do kontroli paszportów, następnie, by nadać bagaże. Zapomniałam o panicznym strachu, o pieczątkach, datach, o żołnierzu. Celnik kazał sobie przynieść bagaże, bo taśma nie zakręcała do niego. Jeszcze deklaracja celna, jeszcze raz pokazany paszport, karta pokładowa i znów kontrola paszportu. Wszystko odbyło się mechanicznie i bez zgrzytu. Znów mnóstwo żołnierzy na płycie lotniska z kałachem w łapie.
Wsiedliśmy do samolotu,
uff! Chyba po wszystkim. Za kilka godzin będziemy w domu. W Genewie okazało się, że nasze bagaże nie doleciały z nami. Ale to już nie było ważne. Pal sześć walizki, w których były głównie książki. My siedzieliśmy w pociągu, w czystym, pachnącym przedziale II klasy, który punktualnie odjechał i dojechał, gdzie czekały na nas stęsknione dzieci. Zdawaliśmy relację dzień po dniu. Najbardziej ich interesowały szczegóły przełomowej nocy sylwestrowej: – Mamo, dlaczego orłu nałożyli koronę? Czy będą mieli króla? – Cicho, mały. –Tato, przecież to była wasza podróż w czasie z przeszłości w przyszłość. Zdumiona refleksją córki, odrzekłam: – No tak, pewnie znów oglądaliście dużo filmów.
Dzięki tej podróży
w czasie ubyło nam bagażu, nie tylko walizek. Bezpowrotnie uwolniliśmy się od syndromu uciekiniera, koszmarnych snów uchodźcy, które już tylko pozostały wspomnieniem po podziale Europy „żelazną kurtyną”. Wolność i demokracja przestały być tylko marzeniem. Nasze walizki dotarły drugiego dnia.

Barbara Romer Kukulska, Polonika nr 239/240, grudzień 2014/styczeń 2015

 

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…