Austriacki mistrz z Polski

Stanisław Fraczyk, fot. Studio Franz Baldauf
Należy do grona najlepszych tenisistów stołowych. Wielokrotny mistrz świata i Europy. Uczestnik paraolimpiad w latach 1996, 2004 i 2012.

To on niósł austriacką flagę na otwarciu paraolimpoady w Londynie. 

Po sukcesach w Polsce kontynuował swoją karierę w Austrii, gdzie mieszka i zajmuje się tenisem stołowym do dziś. Stanisław Frączyk opowiedzał nam o początkach swojej kariery i miłości do tenisa stołowego.

 Jakie znaczenie odgrywa w Pana życiu tenis stołowy?
– Tenis stołowy jest dla mnie najważniejszą sprawą. Trenuję już od siódmego roku życia, tzn. niedługo miną 53 lata, odkąd uprawiam tę dyscyplinę sportu. Odgrywa ona bardzo ważną rolę w moim życiu, przede wszystkim dzięki niej mam zawód. Wszystko jest z tym związane.

Co sprawiło, że właśnie ta dyscyplina sportowa stała się Pańskim hobby i wykonywanym zawodem?
– Mam brata, który gra w tenisa stołowego. Jest o dwa lata starszy. Zajmował się tą dyscypliną, a ja zawsze chciałem mu dorównać. Był w zasadzie moim mentorem – przez to, że lepiej gra w ping ponga. Razem trenowaliśmy. Ja wychowałem się w Łodzi, w okręgu bardzo związanym z tenisem.

Wspólnie z bratem Zbigniewem należy Pan do grona najlepszych graczy. Czy rywalizacja nie pogorszyła Waszych braterskich stosunków?
– Rywalizacja była zawsze. Najtrudniej było grać z bratem. Miałem taki przypadek w 1976 roku, gdy graliśmy przeciwko sobie w finale mistrzostw Polski. Jednak obydwaj podchodzimy do tego tak samo – zawodowo chcemy dać z siebie wszystko, a w domu jesteśmy normalną rodziną. Do tej pory nic się nie zmieniło.

A kto wygrał w tym finale?
– Ja wygrałem. Mój brat był mistrzem Polski w 1974 roku, a ja w latach 1975, 1976 i w 1977. W tym też roku wyjechałem pierwszy raz do Austrii.

Czy przebyta w dzieciństwie choroba (polio) odcisnęła piętno na Pańskim życiu?
– Całkowicie nie. Nigdy nie uważałem się za inwalidę, bo ja nie jestem inwalidą. Przyzwyczaiłem się, ponieważ choruję od urodzenia. Nie zwracałem na to zbyt dużej uwagi. Tak było, tak jest i tak będzie. Człowiek nie ma na to wpływu.

Gdzie odnalazł Pan siłę, by zwalczyć tę ciężką chorobę i mimo trudów stać się najlepszym graczem?
– Powiem tak – tenis stołowy jest moją pasją. Lubię w niego grać. Bóg dał mi talent do ręki i to wszystko.

Jak ocenia Pan początki swojej kariery w Austrii?
– W tamtym czasach nie było możliwości wyjazdu za granicę. Owszem, miałem podpisany kontrakt z Niemcami. Jednak nie mogłem tam grać. Nie dostałem pozwolenia ze względu na ówczesną sytuacją polityczną. Dlatego znalazłem się tutaj.

Czy ciężko jest odnieść sukces za granicą i czy uważa Pan, iż miał równe szanse?
– Przede wszystkim tenis stołowy jest sportem indywidualnym i przez to łatwiej się przebić. Jeżeli jest się dobrym zawodnikiem, wygrywa się w zawodach, to nie ma problemów. Ja przez 8 lat byłem numerem 1 w Austrii, od 1984 r. grałem w reprezentacji Austrii. Nigdy nie miałem takiego odczucia, że ciężko jest odnieść sukces za granicą.

Stanisław Fraczyk, fot. Studio Franz Baldauf

 Czyli nie uważa Pan, iż był traktowany gorzej ze względu na pochodzenie?
– Hmmm... może od obcokrajowca w Austrii minimalnie wymaga się więcej. Jestem osobą tolerancyjną i jakoś mi to nie przeszkadzało. Jednak nigdy nie zauważyłem, żeby osoba z innego kraju była tu inaczej, gorzej traktowana.

Czy odczuwa Pan tęsknotę za Polską i dlaczego zdecydował się Pan pozostać w Austrii?
– Pytanie dość trudne, ale myślę, że da się na nie odpowiedzieć. Wyjechałem z Polski z całą rodziną. Posiadałem oficjalny kontrakt, więc nie chodziło tu o ucieczkę z kraju.
Jak wiadomo w owych latach 80. sytuacja polityczna i warunki życia w Polsce nie należały do dobrych. Wówczas ciężko było utrzymać rodzinę. Lepiej było zaplanować życie tutaj, w Austrii, dlatego zdecydowałem się wyjechać i zostać w tym kraju.

A dlaczego Stockerau, a nie np. Wiedeń?
- Miałem zapewnioną umowę właśnie w Stockerau. W tym mieście rozpoczęła się moja zagraniczna kariera i trwa do dziś.

Jak ocenia Pan mentalność Austriaków, czy trudno jest odnaleźć z nimi wspólny język?
– Myślę, że wszystko zależy od człowieka. W każdym kraju można znaleźć ludzi, z którymi łatwo bądź ciężko nawiązać kontakt, niezależnie od pochodzenia.

Ale czy nie odczuwa Pan różnic pomiędzy Polakami a Austriakami?
– Tak, oni mają te swoje „Eigenschaften" i zasady, ale jeszcze raz chciałbym podkreślić, iż jestem człowiekiem tolerancyjnym i traktuję ludzi równo. Nie zwracam na to zbyt dużej uwagi. Jest jedna cecha, która denerwuje mnie u Austriaków. Mianowicie chodzi o formy grzecznościowe, których nie zawsze używają. Szczególnie młodzi ludzie zbyt szybko przechodzą na ,,ty". To mnie denerwuje. Może tutaj jest to normalne, jednak ja podchodzę do tego trochę inaczej. Uważam, że to brak szacunku dla osób starszych. Jednak jak wcześniej powiedziałem – można się do tego przyzwyczaić.

Czy trudno jest pogodzić karierę zawodową z życiem prywatnym?
– Bardzo trudno.

Chodzi Panu o kwestie czasowe?
– Tak, w dużej mierze chodzi o kwestie czasowe. Kariera zawodowa pochłania w całości. Częste wyjazdy za granicę, turnieje, rzadkie pobyty w domu. Mało jest czasu dla najbliższych. Rodzina traci na tym, ale jak to się mówi: coś za coś. Z jednej strony mniej przebywania w domu, natomiast z drugiej strony większe zarobki, dużo lepsze warunki życia. Nie ma nic za darmo.

W swojej karierze osiągnął Pan wiele sukcesów. Które pozostaną w Pana pamięci na zawsze?
– Takim wielkim, pierwszym moim sukcesem było pierwsze Mistrzostwo Polski Juniorów w 1969 roku, gdy po raz pierwszy uwierzyłem, że mogę pokonać moich przeciwników pomimo wszelkich przeciwności chorobowych. Był to pierwszy przełomowy moment w mojej karierze i od tego czasu zdałem sobie sprawę, że mogę wygrywać.
Miałem także jeden problem, który się rozwiązał dopiero dwadzieścia kilka lat później. Otóż byłem jedynym sportowcem, który przez swoją chorobę miał pozwolenie na grę w długich spodniach i dopiero na mojej pierwszej paraolimpiadzie, w Atlancie w 1996 roku, poprosiłem o zmianę tej zasady. Jednak powiedziano mi, że nie ma na to pozwolenia. W tamtym momencie pomyślałem jednak, że chciałbym spróbować grać tak jak inni. Dla mnie to było wielkie przeżycie wyjść na halę i grać w krótkich spodenkach, gdzie wiadomo, wszyscy patrzą. Sprawiało mi to radość, że pomimo wieku i choroby wygrywałem z ludźmi, którzy byli w pełni zdrowi. Napawało mnie to dumą. Do tej pory tak jest. Wchodzę na halę i gram z ludźmi dużo młodszymi od siebie.
Olimpiada w Londynie w wrześniu tego roku była wyjatkowa: ogromne zainteresowanie,wspaniale zorganizowana, mój srebny medal zdobyty w takim wieku i ogromne przeżycie związane z niesieniem flagi austriackiej podczas uroczystości otwarcia olimpiady - tego się nie zapomina.

Czy Pańskie trofea zajmują jakieś szczególne miejsca?
– Tak. W domu posiadam małe muzeum z medalami, dyplomami, ze zdjęciami, z pucharami itp.

Czy oprócz tenisa znajduje Pan czas na inne zainteresowania?
– Najważniejszy jest oczywiście tenis, ale jestem także wielkim fanatykiem piłki nożnej. Były czasy, kiedy jeździłem na mecze piłki nożnej. Zainteresowanie sportem nie ogranicza się tylko do gry. Lubię także czytać i pogłębiać wiedzę na ten temat.

Co poradziłby Pan przyszłym młodym graczom tenisa, którzy chcą odnieść sukces?
– Rada jest jedna: trening, trening i jeszcze raz trening. Ponadto nie można się załamywać ani poddawać się na początku. Każdy przeżywa jakieś trudności, które trzeba przezwyciężyć. Później wychodzi, iż każdy ma swoją wartość. Nauczyłem się tego na swoim przykładzie. Jeszcze mieszkając w Polsce, mając 14 lat, chodziłem w Łodzi na halę i ćwiczyłem. Pewnego razu chciałem zmienić klub na taki, w którym grał mój brat. Po pierwszych 30 minutach trener uznał mnie za ,,beztalencie"! Cztery lata później, mając 18 lat, wygrałem Igrzyska Polski Juniorów. Takie sytuacje pokazują, że jeśli ktoś jest dobry, może się sam przebić. Takie jest życie. Człowiek powinien wierzyć w siebie i w swoje możliwości.

Czy czuje się Pan zawodowo spełniony, czy chciałby Pan osiągnąć jeszcze więcej w tej dziedzinie sportu?
– Nie, nie uważam, bym chciał jeszcze coś więcej osiągnąć. Raczej jestem osobą zawodowo spełnioną, u schyłku kariery. Gram do tej pory w pierwszych ligach, to mi wystarczy.

Czy są jeszcze marzenia, które chciałby Pan zrealizować?
– Marzę, żeby nasz klub zagrał jeszcze w Champions League. Mieszkam w Stockerau, więc tam chciałbym otworzyć szkołę dla tych, którzy są zainteresowani grą w tenisa, także dla osób z Polski. Czyli coś odwrotnego niż kiedyś, ponieważ w latach 80. zabierałem Austriaków do Polski jako trener, zawodnik, organizator. To jest takie marzenie, które nie wiem, czy się spełni.

A marzenia, które nie są związane ze sportem? Ma Pan takie?
– Chciałbym przejść na emeryturę jako zdrowy człowiek. Moim marzeniem jest także to, by moja rodzina była szczęśliwa i zdrowa.

Rozmawiała Alicja Stróż

Polonika nr 214, listopad 2012

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…